Jako, że moje życie się nieco odmieniło,to i strona www musiała się zmienić. Zapraszam na nową stronę, na której piszę o edukacji: www.DorotaPiwowarska.pl

A to jest mój blog, który pisałam od 2007r.
To strona o edukacji. O edukacji niekonwencjonalnej, ciekawej. Niekoniecznie regularnej i systematycznej, ale na pewno twórczej i zabawnej.
A o domowej w szczególności. Piszę ją jako mama dwojga dzieci , które były nauczane tą metodą .
Jeśli jesteś rodzicem, który troszczy się o swoje dziecko , i dla którego system szkolny nie ma oferty edukacyjnej lub jeśli jesteś nauczycielem i czujesz, że w sobie pasję do nauczania a system
szkolny Cię ogranicza, to zapraszam Cię do lektury mojego bloga.

Zamieszczam tutaj moje osobiste przemyślenia, różne informacje, rozwiązania wynikające z doświadczenia oraz
porady czysto praktyczne, nie stanowiące porad prawnych,
finansowych, psychologicznych.

wtorek, 5 lipca 2011

Jak system edukacyjny realizowany w szkole może kształcić normalnych ludzi????

Przez pierwsze 3 lata dziecko uczy się przedmiotów w sposób zintegrowany. To oznacza, że cała wiedza jest pokazana w sposób połączony ze sobą, podobnie jak ma to się z życiu. Coś do czegoś możemy przyłożyć, coś do czegoś dopasować, połączyć. Wiadomo, co jest co.



W czwartej klasie następuje podział całej wiedzy na konkretne przedmioty i następuje specjalizacja. Żeby potem pod koniec szóstej klasy pisać egzamin kompetencji znowu zintegrowany. Dzieci w szóstej klasie poświęcają więc cały rok na nauczenie się znowu w postaci zintegrowanej pisania testu!


Cały rok edukacyjnie i wychowawczo jest… stracony!!!


W gimnazjum sytuacja jest jeszcze gorsza! Przedmioty obejmują bowiem całą gamę różnych szczegółów i szczególików, które do niczego się w życiu nie przydają, za to testy są przygotowywane i sprawdzane przez nauczycieli bardzo skrupulatnie!!! Znowu mamy rozbicie na przedmioty, po to tylko, żeby ostatnie 2 lata gimnazjum przygotowywać się do egzaminu , który całą wiedzę integruje!


Znowu mamy stratę czasu!!! Czasu, którego nikt nam nie zwróci! Ani dziecku, ani nauczycielowi, ani rodzicowi, który zresztą dla szkoły najmniej się liczy!!!


Gdyby urzędnicy państwowi prowadzili swoją usługę dla społeczeństwa jak biznes, nauczyliby się liczyć przychody, koszty i zyski bądź straty z takiej działalności! Nie tylko finansowe, ale ludzkie, edukacyjne i wychowawcze!!!


A nauczyciele? Zdają się być tak ograniczeni, że już sami nic nie potrafią wymyśleć i tkwią w tym systemie po uszy!!! Wymagają przygotowania od ucznia, a sami korzystają z gotowych wzorów testów dla nauczycieli logując się na stronę odpowiedniego wydawnictwa!!!


Brak tu logiki, przydatności i w ogóle sensu!!!


System uczy systemowo: pytanie-odpowiedź. Zero lub jedynka!


Jak będzie wyglądać nasze społeczeństwo kształcone w ten sposób?


Jak banda komputerów, które nie wie, co zrobić z uczuciami. Bo na to w systemie nie ma już miejsca.






-zatroskana matka, człowiek i obywatelka RP

środa, 13 kwietnia 2011

Szkoła dla papierka...

Jestem właśnie po rozmowie z bardzo miłym dyrektorem liceum.


Proponowałam właśnie szkole bezpłatny udział w projekcie edukacji finansowej dla uczniów i otwarcie klubu przedsiębiorczości.

Dlaczego zaproponowałam tej właśnie szkole udział w tym projekcie? Bo wydawało mi się, że szkoła, która uzyskała tytuł „Szkoły przedsiębiorczości” naprawdę byłaby tym zainteresowana! I rzeczywiście, jest zainteresowana- uzyskaniem certyfikatu! Nic ponad!!!

Jedynym zastrzeżeniem dyrektora był … dojazd do Łodzi na zajęcia. 25 kilometrów Stanowiło to nierozwiązywalny problem dla nauczycieli przedsiębiorczości.
Ja jeżdżę na szkolenia do Warszawy, też Londynu...

Ale dla kogoś, kto ma 5 lat do emerytury, to nie jest wyzwanie.

Zapytałam więc grzecznie, jak zamierzają oni uczyć uczniów przedsiębiorczości, kiedy sami nic nie robią???

-Są na to sposoby: żeby uczyć, nie trzeba brać udziału w projekcie- zostałam poinformowana przez dyrektora szkoły „przedsiębiorczości”.

Nic dodać, nic ująć.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Przewrotnie o tym, jakie warunki powinien spełnić rodzic, by uczyć własne dzieci!!!

       Przypomina mi się pytanie jednego z pedagogów, który zaskoczony moją decyzją o zabraniu dzieci z prywatnej, bo przecież najlepszej na świecie i okolicach szkoły, zapytał, czy ja  albo mój mąż mam wykształcenie pedagogiczne.
Zastanawiałam się, co byłoby najlepsze w kwestii prawnej; jakiś obowiązek dla rodziców, który musieliby spełnić, żeby móc nauczać swoje dzieci w domu. Trzeba przecież coś zaproponować, bo liczy się dobro dziecka!

Przeanalizujmy niektóre z propozycji, które urodziły mi się podczas procesu myślenia:

Po pierwsze :

RODZIC POWINIEN MIEĆ FORMALNE WYKSZTAŁCENIE PEDAGOGICZNE- niestety ja nie mam takowego. To oznaczałoby, że się absolutnie nie nadaję do przeprowadzenia choćby jednej lekcji z kimkolwiek. Jakim cudem zatem, moje dzieci nauczyły się  chodzić, czytać, pisać, liczyć? Kto tłumaczył im tę pokręconą tabliczkę mnożenia, gdzie nic z niczego nie wynika i trzeba to wkuć na pamięć, gdy inne metody zawodzą. Szanuję oczywiście matematykę, to przecież królowa nauk. Mówię tylko o tym, że było nam ciężko. Bartek nie lubił siedzieć i liczyć, jakoś więc musieliśmy przebrnąć przez to wszyscy. Tutaj przydały się metody wychowawcze typu marchewka (bez kija). Za każdą stronę przykładów dostawał coś do jedzenia, bo mu się strasznie nudziło.  ( nie jest to wychowawcze, wiem!)  Tabliczkę mnożenia robiliśmy na tarasie i podczas spaceru z sankami w lesie. Przykłady, których nie mógł zapamiętać, pisałam szminką na lustrze w łazience. Potem było: 8 razy 8 to lustro :64.
Tak ,przyznaję , nie mam formalnego wykształcenia pedagogicznego. Ale mój mąż to je ma. Jest z tego powodu bardzo szczęśliwy i dumny zarazem. Nigdy mu się to w życiu nie przydało, a i do edukacji domowej jakoś się nie pali. Jak wstaje rano, to ma w głowie jedno – praca. Dzieci zostały na głowie mamy, która nie ma przecież formalnego… itd.
        Jak miałam zostać mamą, to nikt nie zapytał, czy mogę wychowywać dziecko, czy jestem do tego emocjonalnie i formalnie przygotowana. Czy stać mnie na poświęcenia, nieprzespane noce. A może by tak testować wszystkich rodziców! A co tam! Niech się tłumaczą, że mogą mieć dzieci. Niech przechodzą kursy i zdobywają stopnie. Ktoś musi im oczywiście te kursy organizować i brać za to wynagrodzenie. Kto miałby to robić? Może ministerstwo edukacji?
Tylko, czemu  miałoby to służyć?


Miałam do czynienia z całą rzeszą różnych nauczycielu po różnych studiach pedagogicznych, psychologicznych , kursach nauczycielskich itp. Bardzo fajnie. Tylko, że to teoria. 
Gdy jako nauczyciel, jesteś wkurzony na męża i przychodzisz z tym do pracy do szkoły , przenosisz całe sfrustrowanie na moje dziecko! Mogę spokojnie powiedzieć, że grono pedagogiczne to w 80% ludzie sfrustrowani, żyjący bez celu, nastawieni negatywnie do życia i innych, niezadowoleni ze swojej pracy, zarobków i przerzucających całą winę za swoje nieudane życie na dzieci!

Tu chciałam dodać, że pozostałe 20% nie jest w tak dramatycznej sytuacji psychicznej, ale też nie jest różowo. Tak naprawdę , to istnieje zaledwie garstka wspaniałych nauczycieli, którzy mają tę wizję, pasję i talent. I to właśnie w nich cała masa dzieciaków i ich rodziców pokłada nadzieje.

Tak więc pomysł o wykształceniu pedagogicznym rodziców upadł zupełnie.

PO DRUGIE: 
           A może by tak wprowadzić obowiązkowe WYKSZTAŁCENIE WYŻSZE rodziców edukujących  domowo?
Czemu nie? Tylko , to tak samo dla tych, co dopiero zamierzają mieć dzieci! Sytuacja bardzo podobna.
I jeszcze jak sobie przypomnę wszystkich tych utracjuszy z moich studiów, którzy z trudem przemykali się z roku na rok i mają dzisiaj wykształcenie wyższe, to znowu pytam: Czemu miałoby to służyć?
Czy mama lub tata z wykształceniem wyższym wiedzą, kim byli Fenicjanie?
Ja nie pamiętam- bo studiowałam ekonomię. I nie miałam czasu na Fenicjan, chociaż dużo się mówiło o pieniądzach.
Albo : ile wynosi suma kątów w trójkącie prostokątnym?
A co mnie to obchodzi? Jak będę potrzebowała tej informacji do szczęścia, to sobie to sprawdzę!
Czy rodzic, który po szkole średniej został biznesmenem, artystą, bądź mechanikiem nie jest w stanie usiąść z dzieckiem nad książką i razem przerobić pasjonującego bądź co bądź tematu o obocznościach w języku polskim? Też mu się to przyda!
Ja nie obawiam się takiego problemu. Jestem przekonana, że selekcja rodziców zdecydowanych na edukację domową odbędzie się w sposób naturalny. Jeśli ktoś nie wierzy we własne siły, w jaki sposób mądrze może pokierować losem edukacyjnym swojego dziecka? On zrzuca tę odpowiedzialność na szkołę i ma to z głowy.
Zatem my też mamy z głowy drugi pomysł testowania rodziców.

PO TRZECIE:

       Czy rodzice są w ogóle normalni? A może to jakieś nowe szaleństwo zbiorowe? Jakaś sekta?  Wyślijmy wszystkich na przymusowe BADANIA PSYCHOLOGICZNE!

Niech zbada tę sprawę psycholog. Niech zada rodzicom pytania o celowość takiej nauki w domu. Przecież dziecko może chodzić do szkoły! Bo przecież tutaj ma kontakt z rówieśnikami i nie ucierpią na tym jego zachowania społeczne.
Bo zachowań społecznych można nauczyć się akurat w szkole???
Tak jak wydajności pracy, kreatywności i szczerości można zaznać pracując potem w wielkich korporacjach!
Nic bardziej błędnego!
Moje dzieci w świetlicy nie miały opieki, obawiałam się o ich bezpieczeństwo!
Teraz szkoły panicznie boją się bandytów z zewnątrz, bomb, kradzieży. W tym celu zakładają monitoringi i okratowują okna. Ale prawdziwe zagrożenie jest w samym środowisku szkolnym, kiedy opiekunowe na świetlicy zajmują się sobą zamiast organizować jakieś ciekawe zajęcia, kiedy na korytarzu dzieci się przepychają, kiedy słyszą nieustające krzyki i mają chaos wokół siebie. Żyjemy w świecie nadinformacji, reklam, gier komputerowych, Internetu i … braku miłości. Zapomnieliśmy o wartościach! Ludzie nie spotykają się ,żeby pogadać, tylko żeby coś załatwić. Nie czytają książek, tylko oglądają telewizję, która często zwalnia z myślenia i zajmują się tzw. nicnierobieniem, które jest wymówką na wszystko. Rodzice nie zajmują się problemami szkolnymi swoich pociech, bo gdy te wracają do domu jest już po wszystkim.
Dzieci są wożone ze szkoły na różne zajęcia pozalekcyjne i uczestniczą w wyścigu szczurów. Nie mają czasu na zabawę i bycie wśród przyjaciół.

         W szkole nie rozwiązuje się konfliktów !  Nie tłumaczy się dzieciom, że takie zachowanie jest nieprawidłowe, że robi się komuś krzywdę, że ktoś cierpi, że czuje się znieważony. W szkole dziecko za złe zachowanie dostaje uwagę do dzienniczka i czuje się z tym okropnie, sfrustrowane i gorsze. Cierpi na tym jego duma i wali się poczucie własnej wartości.
Jest jeszcze bardziej rozzłoszczone i dalej robi komuś krzywdę. Koło się zamyka!
W szkole go nikt nie kocha!!!

       Dziecko uczone w domu jest z natury  otoczone rodzicielską miłością. Ma to, co mu się należy.  Gdy robi coś nie tak, ma od razu informację zwrotną: nie podoba mi się twoje zachowanie, przestań to robić, robisz komuś krzywdę, jak ty byś się czuł…itd. Dziecko wie, ono samo jest kochane, podczas gdy ganimy tylko jego zachowanie, a nie człowieka , jako całość.

       Powracając do psychologów: czytając prace niektórych dochodzę do wniosku, że sami potrzebują pomocy.
Nie znają mojego dziecka! Mogą tylko poznać jego zachowanie i próbować dopasować do tego, co przeczytali teoretycznie w książkach, które pisali .... inni psychologowie.

       To ja jestem jedyną osobą na świecie, która zna swoje dziecko od chwili jego poczęcia. Tylko ja znam każdy ruch drobnych paluszków, w których płynie moja własna krew. To ja znam każdy szczegół drobnej twarzyczki, każdy jej grymas, który mówi, w jakiej chwili emocjonalnej się teraz znajduje.
Tylko ja czuję , czy moja córeczka i mój synek mają teraz ochotę na naukę, czy lepiej teraz zjeść pomarańczę i pobawić się , a zacząć czytanie za 15 minut, albo nawet jutro.
Jestem matką! Nie potrzebuję rad żadnego psychologa, nauczyciela, księdza, czy innej osoby. Mogę o nie poprosić, ale nie wolno się z tym narzucać!

Tylko miłość!

To właśnie miłość może być testowana. I to przez samych zainteresowanych.
Nie ma innych wyznaczników, testów, ani wytycznych.

sobota, 29 stycznia 2011

Taki sobie wierszyk o edukacji...:))

Rano wstałam

Dom na głowie
Łóżko słałam
A tu gimnastyka już w połowie!
  • Tata z córką się dziś krząta
  • W kuchni przy śniadaniu
  • Syn się bawi, ja wciąż sprzątam
  • W calutkim mieszkaniu.
I tak sobie w mojej głowie
Pomalutku myślę:
Co dziś zadam moim bąkom?

Co im tu wymyślę?

  •  Czy to ma być matma, polski
  •  Czy dzisiaj przyroda
  •  Egzaminy wciąż nas straszą
  •  A tu – bęc! Przygoda:

 Zadzwoniła babcia miła

 I czeka z kolacją.

 Czy przyjdziemy dziś na obiad?

 -A co z edukacją?!!!

  •  Martwi się wciąż mama
  •  Czy z programem zdąży?
  •  Mnóstwo rzeczy wymyśliła
  •  Lecz jej szkoła ciąży.

 Może by już przestać bać się?

 I tak to nic nie zmieni!

 Będą może gorsze stopnie

 Z egzaminem na jesieni…

  •  W końcu już minęło chyba
  •  Prawie ze dwa lata,
  • Gdy się wreszcie pogodziła
  •  Z tym, że syn jej… lata!

 W końcu pasję ma chłopaczek

 -Lotnictwo-jak należy!

 O to chodzi w edukacji!

 Na tym nam zależy!

  •  O to, by się dziecko ładnie
  •  Samo rozwijało,
  •  By nikt w szkole i gdzie indziej
  •  Pasji nie zabrało.

 O to , by rodzina cała

 Mogła z sobą pobyć.

 By przekazać to, co ważne

 Dziecku. Dać mu pożyć!

 

                                Dorota Piwowarska

 

 

 

czwartek, 27 stycznia 2011

Jaka wiedza o życiu jest przekazywana dzieciom w szkołach? -

Prześledźmy literaturę z klasy I gimnazjum:

„O Etruskach” Zbigniewa Herberta instaluje nam w głowach:

…. My, którzy jesteśmy dziedzicami zbrodni (my, czyli kto dokładnie? Ja, ty …? Ja nie chcę być dziedzicem zbrodni!!! Dlaczego ktoś imputuje mi taki pogląd na mój temat!!! Odcinam się od tego, to pogląd samego autora i jego wewnętrzny osąd na swój temat) .. i przemilczeń, staramy się wymierzyć sprawiedliwość (Czy przypadkiem nie robimy z siebie kogoś w rodzaju samego Boga! Jak możemy wymierzać sprawiedliwość!!!) przeszłości; przywrócić głos wielkim niemowom historii, ludom, którym nie powiodło się w dziejach.
(I tu znów osąd! Jak można kogoś tak oceniać. Tak negatywnie. Skąd mamy wiedzieć, że im się nie powiodło i kto nas upoważnił do takiego sądu nad cywilizacją, o której nic nie wiemy!)
i jeszcze to: „wielkim niemowom historii”. Cóż za ocena bez pokory wobec naszych własnych słabości. A jeśli historia do nas mówi, krzyczy, a my jesteśmy ślepi i głusi, to jak w takim razie mamy nazwać siebie????

Czy chodzi o przywrócenie głosu tym niemowom, czy też zamknięcie naszych własnych ust i  nadstawienie uszu? Może wtedy człowiek więcej by się dowiedział o innych i o sobie samym.