Jako, że moje życie się nieco odmieniło,to i strona www musiała się zmienić. Zapraszam na nową stronę, na której piszę o edukacji: www.DorotaPiwowarska.pl

A to jest mój blog, który pisałam od 2007r.
To strona o edukacji. O edukacji niekonwencjonalnej, ciekawej. Niekoniecznie regularnej i systematycznej, ale na pewno twórczej i zabawnej.
A o domowej w szczególności. Piszę ją jako mama dwojga dzieci , które były nauczane tą metodą .
Jeśli jesteś rodzicem, który troszczy się o swoje dziecko , i dla którego system szkolny nie ma oferty edukacyjnej lub jeśli jesteś nauczycielem i czujesz, że w sobie pasję do nauczania a system
szkolny Cię ogranicza, to zapraszam Cię do lektury mojego bloga.

Zamieszczam tutaj moje osobiste przemyślenia, różne informacje, rozwiązania wynikające z doświadczenia oraz
porady czysto praktyczne, nie stanowiące porad prawnych,
finansowych, psychologicznych.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o nauczaniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o nauczaniu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2015

O Marii Montessori i jej metodzie


Maria Montessori to włoska lekarka (ur.1879r.), która obserwowała dzieci z upośledzeniem umysłowym. Jej pierwszą metodą pedagogiczną była nazwana przez samą autorkę pedagogiką naukową. Na początku swoje metody stosowała ją na dzieciach upośledzonych, twierdząc, że jeśli jakaś metoda się sprawdza na dzieciach z upośledzeniem , to można ją z powodzeniem zastosować u dzieci normalnych.

Stworzyła w Rzymie pierwszy dom dziecka, w którym zajmowała się wychowaniem dzieci rodzin robotników. Wkrótce na podstawie doświadczeń tam zdobytych opracowała swoją metodę i ogłosiła drukiem. Jej metoda znalazła zwolenników zarówno w Europie jak i Ameryce i Azji.

Aby zrozumieć jej pedagogikę należałoby najpierw poznać jej filozofię i patrzenie na dziecko, gdyż ma to zasadnicze znaczenie jeśli chodzi o wpływ na kształcenie i wychowanie. Dziecko jest postrzegane jako oddzielna istota, która sama dąży do rozwoju. Nikt za dziecko nie może dorosnąć, nabyć doświadczeń ani przeżyć życia. Dziecko ma też naturalny pęd do swojego rozwoju poprzez działanie twórcze.

Człowiek i wszechświat stanowią jedność. Jedność ze światem przejawia się w ładzie i porządku, który ustalony przez Boga należy respektować. Ma to swoje odzwierciedlenie w zasadach wychowania, gdzie króluje ład i porządek (w przeciwieństwie do sztucznie wytworzonej dyscypliny). Dziecko uczone jest, że najważniejszą wartością w życiu jest miłość, która wyraża się w naturalnej trosce o drugiego człowieka, szacunku, trosce o środowisko i przyrodę.

Podstawą systemu Montessori jest twierdzenie, że dzieci mają naturalne zdolności i należy im stworzyć takie środowisko i zapewnić takie wychowanie, które te zdolności wydobędą na światło dzienne i wzmocnią. Ten system wychowania obejmuje całe dziecko: jego rozwój fizyczny, emocjonalny i duchowy.

Zdaniem Marii Montessori dziecko ma naturalny pęd do ruchu i pracy, więc należy stworzyć środowisko, które będzie w sposób uporządkowany zapełniało dzień czynnościami, uwzględniając indywidualne predyspozycje każdego dziecka. Olbrzymie znaczenie ma otoczenie, w którym dziecko się znajduje, dlatego  należy brać pod uwagę 4 elementy:

1.       Budynek szkoły/ sala/ pokój

2.       Sprzęt

3.       Materiał rozwojowy

4.       nauczyciel

Dlatego też przy domu dziecka został zaprojektowany ogród, w którym dzieci obcując z naturą mogły spędzać czas, wykonując rozmaite czynności, do których miało chęć: podlewanie roślin, przesadzanie, ubieranie się, robienie porządków…

Przy czym sposób przygotowania przestrzeni dla dziecka był bardzo podobny, jak miałoby w swoim domu rodzinnym, tylko, że wszystkie sprzęty i meble  były w wymiarach i na wysokości dziecka, a nie dorosłego, np. światło, meble: stoły, krzesła, szafki. Meble są na tyle lekkie, żeby dziecko samo mogło je przesunąć.  Naczynia są kruche, żeby dziecko uczyło się z nimi postępować delikatnie. Każde miejsce jest starannie przemyślane i przygotowane. Dziecko poprzez wykonywanie rzeczywistych czynności uczy się ich dla późniejszego wykonania. Taka nauka jest poniekąd w formie zabawy, lecz umiejętności ćwiczone są bardzo konkretne. Dziecko nabiera wiary w siebie, uczy się troski o przedmioty i szacunku do drugiej osoby, pomagając sobie w grupie.

Materiał dydaktyczny jest tak przygotowany, żeby pobudzał intelekt, dostarczał emocji i ćwiczył ciało. Dodatkowo bezcenną rzeczą jest wbudowana w materiał dydaktyczny kontrola błędów, które dziecko może dokonać samoistnie, praktycznie bez pomocy nauczyciela  i destrukcyjnej roli  ocen.

Każda z pomocy dydaktyczny służy do wykształcenia poszczególnych umiejętności lub zmysłów. Wrażliwość dotykowa i wzrokowa jest kształcona poprzez dobieranie materiału od najmniejszego do największego: walce, słupki graniaste, sześciany… wszystko to dziecko może dotknąć, wziąć do ręki, poobracać, pobawić się. Dzięki temu każda „lekcja” jest bardzo ciekawa i unika się rutyny.

Kształcenie słuchu następuje poprzez używanie różnego rodzaju gwizdków i innych instrumentów, w których dźwięk poparty jest dodatkowo bodźcem wzrokowym, np. kolorem. Potem następuje rozróżnianie jeszcze bardziej subtelności, zawiązuje się dziecku oczy i może samo wskazać poszczególne dźwięki.

Bardzo duże znaczenie przywiązuje się do ruchu i kształcenia w kierunku fizycznym. Dziecko w sposób naturalny podczas różnych ćwiczeń dydaktycznych uczy się chodzenia po prostej, po elipsie, a także sznurowania butów na specjalnie do tego przygotowanym przyrządzie.

Czytanie,  pisanie i liczenie to umiejętności wymagające dłuższego przygotowania. Dziecko już od piątego roku życia jest zaznajamiane z literkami i figurami używając do tego swojego własnego ciała i ćwicząc pamięć dzięki pamięci ciała.

W metodzie pracy, jaki opracowała Maria Montessori zupełnie inaczej jest postrzegana rola nauczyciela. To osoba, która nade wszystko nie naucza, nie kontroluje i nie narzuca przebiegu zajęć. Najważniejsza jest swoboda dziecka i nauczyciel występuje jako mentor i obserwator podążający za dzieckiem. Rola nauczyciela sprowadza się do poszukiwania ciekawych pomocy dydaktycznych i ogólnie do organizowania procesu edukacyjnego. Natomiast dziecko uczy się samo i dla siebie. Nie ma jako takiej pracy w grupie. Wrażliwość społeczną wyrabia się poprzez postawę troski, służby i pomocy jednych drugim.

Jak widać, system Marii Montessori zupełnie zrywa z przyjętym ogólnym systemem wychowania. Daje dziecku nieprawdopodobną możliwość własnego rozwoju, a śledzący jego postępy nauczyciel, pozostający niejako w cieniu, może być tą jedyną osobą, która doświadczy tego momentu, w którym dziecko poznaje, bada i rozumie. To wspaniała możliwość móc obserwować eksperymenty młodego człowieka, który dopiero co doświadcza i bada świat, którym, nam dorosłym wydaje się już taki poznany.

System Montessori ma jak każda metoda swoich przeciwników. Zarzuca się przede wszystkim zbytnią samodzielność dziecka i tendencyjność w narzucaniu materiału dydaktycznego przez nauczyciela, ograniczając tym  samym pełną wolność wyboru dziecka. Sama metoda pracy montessoriańskiej wymaga niestandardowego i otwartego podejścia nauczycieli. Trudno jest niektórym nauczycielom stać z boku i tylko cierpliwie obserwować błędy , jakie dziecko popełnia, niejako będąc niepotrzebnym. Wymaga to olbrzymiej pokory ze strony  samego nauczyciela. Będzie to możliwe dopiero wtedy, gdy zmieni się system kształcenia nauczycieli.

Jako matko dwojga dzieci, które uczęszczały do przedszkola z elementami Montessori mogę  opisać swoje osobie doświadczenie z moimi dziećmi. Efekty kształcenia metodą Marii Montessori są dużo wyższe niż tradycyjnymi. Ich sposób codziennego funkcjonowania był uporządkowany i uprzejmy. Nauczyły się rozmawiać i rozwiązywać na bieżąco powstałe konflikty. Wszystkie te działania były wzmacniane w domu. Moje dzieci nauczyły się czytać, pisać, liczyć już w wieku 6 lat.

Poszły więc do szkoły z tymi umiejętnościami i tutaj zamiast się rozwijać, musiały poczekać, jak inne dzieci nauczą się do  poziomu posiadanych przez nich umiejętności. W szkole Montessori  nie musiałyby czekać, a mogłyby pójść dalej, rozwijając nowe umiejętności.

Będąc  w systemie edukacji domowej mogliśmy uczestniczyć w zajęciach pracy własnej w niewielkiej szkole, gdzie w jednej sali lekcyjnej uczyło się ok. 20 uczniów metodą indywidualną. Każdy uczeń zajmował się tym, co w danej chwili go interesowało. Jedni rysowali, inni czytali książki z dziedziny geografii, inni oglądali preparaty pod mikroskopem. Rola nauczyciela polegała na cichej obserwacji pracy ucznia i po prostu obecności i byciu do dyspozycji. W sali panowała idealna cisza, nikt sobie nie przeszkadzał. Każde dziecko brało swoją pomoc , zanosiło do miejsca pracy, a później odkładało na miejsce i brało następną. Czas pracy wynosił nie 45 minut, ale 2 godziny. Nikt się nie nudził, nikt nie hałasował, nikt nie biegał, nikt nie jadł w tym czasie.

Osobiście uważam, że najważniejsze są zasady, jakie wprowadzi się w pracy z dziećmi i ich konsekwentne przestrzeganie. I najważniejsza zasada:  miłość i życzliwość do drugiego człowieka, potrafi zdziałać cuda.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Nas też to czeka. Zobacz efekty genialnej nauki w Chinach



Jak wrzucimy w wyszukiwarkę dwa słowa: Chiny edukacja, to znajdziemy mnóstwo pięknych zdjęć pokazujących, jak można świetnie uczyć się i wyglądać w Chinach.
Problem w tym, że to propaganda rządowa, czy coś tam. Ludzie żyją zupełnie inaczej.

Według autora filmu „Alphabet” Erwina Wagenhofen’a edukacja w Chinach wygląda zupełnie inaczej.


W filmie pokazano:

Rodzice chcą, by dzieci wzlatywały wysoko, ale je ciągle kontrolują.
Chiny- jeszcze do niedawna edukacja była bardziej różnorodna. Wszystko zmienił system oparty wyłącznie na mechanizmach rynkowych: wprowadzono współzawodnictwo, konkurencję, co doprowadziło do powstania szkół elitarnych, w których było … jeszcze więcej konkurencji i wyścigu szczurów i ogólne testowanie uczniów.
System edukacji staje się systemem opartym wyłącznie na testach. Doświadczenia Chińczyków pokazują, że  dzieci mają świetną umiejętność zdawania testów egzaminacyjnych, ale brak im umiejętności potrzebnych do funkcjonowania w życiu.
W Chinach dziecko jest przemęczone. Najdłużej na świecie się uczy i najmniej śpi. Dzieci są pozbawione prawa do odpoczynku. Zazdroszczą swoim rodzicom, że w sobotę mogą dłużej pospać i że oglądają wieczorami telewizję.
Konsekwencjami tego stanu rzeczy jest to, że chińskie dzieci wygrywają na starcie, ale przegrywają na dłuższą metę.

Wyrastają na maszyny do zdawania egzaminów. W całej historii Chin nigdy nie było jeszcze aż tak źle.W kraju gospodarczego cudu.

środa, 30 lipca 2014

Młodzi, gniewni-historia Rona Clarck'a

Pomysł na fabułę filmu- banalny i koniec przewidywalny: nietuzinkowy nauczyciel dostaje pracę w nowej szkole w jednej z najgorszych  dzielnik Nowego Jorku- Harlemie. Kradzieże, narkotyki, zabójstwa to codzienność tamtejszych dzieciaków.

To, co naprawdę dzieje się w filmie jest pokazane poprzez ludzkie emocje, które udało się reżyserowi uchwycić i wciągnąć nas w realny świat. Od razu chcemy pomóc nauczycielowi okiełznać bandę rozwrzeszczanych dzieciaków. Jest jeszcze jeden wątek: dzieciaki są czarne, dzielnica jest czarna, dyrektor i nauczyciele są czarni, a ten jeden - biały.

Ciekawe połączenie. Czy mu się ud? Od razu wiemy, że tak. Bo niby po co Amerykanie mieliby tracić dziesiątki metrów taśmy filmowej i pracy dziesiątek ludzi, gdyby finał nie był pozytywny!

Ale pytanie nie jest czy mu się uda, ale jak on to zrobi? Co będzie  tym pierwszym momentem, w którym dzieciaki przełamią wrogość i opór wobec białego nauczyciela?

Nauczyciel po pierwsze chce poznać swoich uczniów. Dlatego też udaje się do każdego dziecka do domu, by poznać jego otoczenie i rodziców. Przy tej okazji dowiaduje się, że jego uczniowie to dzieciaki niekochane, niechciane i wykorzystywane tylko do zrobienia różnych rzeczy w domu. Nie mają głosu, nikt nie słucha ich zdania i nie liczy się z ich zateresowaniami.
Co ważne, rodziców nie obchodzi los dzieci, bo mają o nich  przekonanie, że to nieudaczniki z najgorszej szkoły w mieście. Nie uczą się, nie osiągną nic i są spisane na straty.

Niestety to powszechna opinia o dzieciakach z uboższych rodzin. Ale jak nieprawdziwa!

Drugą rzeczą, którą wprowadza nauczyciel to ZASADY!
Pierwsza z nich to:     Miej duże marzenie.
Druga:                      Podejmij ryzyko.

Mówi również: mam dla was niespodziankę: dzisiaj nie będzie lekcji.

To, co mu się udało to fakt, że dzieciaki zainteresowały się na chwilę. Co za palant zawraca nam gitarę jakimiś zasadami? Co to są zasady i po co?
Jednak druga strona próbuje swoich sił w wnerwianiu nauczyciela. Robią po cichu zakłady: jak długo z nimi wytrzyma.

Czy dzieciaki są jakiejś bardzo okrutne?
Może niekoniecznie. Może należało by powiedzieć, że sprytne i zestresowane. Boją się, że nauczyciel odejdzie, jak 3 poprzednich, boją się związać, to to oznaczało by dla nich olbrzymią zmianę i wyzwanie, na które nie są gotowe.

Inną ważną regułą, którą wprowadził było:

                              JESTEŚMY RODZINĄ.
                              SZANUJEMY SIĘ

Opór przełamywał się stopniowo. Drobne zmiany każdego dnia.

Słowo klucz to KONSEKWENCJA.

Trudno buduje się zaufanie. Łatwo je też nadwerężyć. Ale bez relacji, bez obopólneo zaufania trudn jest przekazywać komuś wiedzę. To znaczy przekazywać sobie można, ale bezowocnie i tylko w jedną stronę. 

Edukacja polega na wymianie. Wymianie relacji, potem wiedzy. I dlaczego miałoby to się odbywać w jedną stronę? Dlaczego tylko nauczyciel ma uczyć ucznia a nie odwrotnie? 

Ale nie będę opisywać całego filmu! warto go obejrzeć samemu. 


Film można obejrzeć tutaj:

http://www.youtube.com/watch?v=rWj8BXSWu-w

czwartek, 7 listopada 2013

Zasady dobrego zarządzania pieniędzmi


Obserwując dorosłych i sposób, w jaki zajmują się swoimi sprawami finansowymi mam takie poczucie, że bardzo unikają tego tematu. Albo mówią, że chcą być młodzi i bogaci i nie pracować do końca życia, tylko czerpać zyski z ... kogoś lub czegoś tam, albo
nie zajmują się pieniędzmi w ogóle, odpowiadając wymijająco, że pieniądze są złe lub wcale nie są najważniejsze. A kto mówi, że są??? To jeszcze jeden temat do rozwiązania. I jeśli zrobi się to dobrze, to sprawa załatwiona, jeśli nie- to dopiero będziemy się nimi martwić całe życie.

Czy nasze dzieci będą wiernymi odbiorcami reklam produktów kredytowych, czy będą nieustannie konsumować wszystko, co będzie im wciskał rynek, pompując kolejne zachcianki???
Dobrze jest , gdy naszym dzieciom wpajamy zdrowe zasady zarządzania pieniędzmi. Warto zwrócić uwagę na to, jakie mają podstawy. To od nich (tych podstaw) zależy, czy poradzą sobie w życiu dorosłym i jak sobie poradzą.

Moje zasady są takie:

1.WDZIĘCZNOŚĆ

Wdzięczność- chcę nauczyć swoje dzieci być wdzięcznymi za wszystko, co mają, co posiadają, od drobnych spraw materialnych (np. ołówka, książki do szkoły, poprzez samodzielny pokój do rodziny i przyjaciół.

Nasze dzieci żyją w świecie wygodnym, w świecie bez wojny, głodu, w świecie ogólnego dobrobytu.
Mają zaspokajane wszystkie potrzeby materialne i emocjonalne. Rodzice bardzo się starają, ciężko pracując i przeznaczają niekiedy ogromne sumy pieniędzy na wychowanie, edukację i zaspokajanie zachcianek swoich dzieci.
O ile "wychowanie bezstresowe" ma pewne dobre strony, o tyle niestety wychowujemy egoistów i cyników. Należy to nazywać po imieniu. Dzieci, którym wszystko wolno w imię źle pojmowanej wolności, robią się wymagające, bezkompromisowe, a gdy taki maluch-książę podrasta traktujące kolegów , nauczycieli i rodziców jako osoby dostarczające im taniej i szybkiej rozrywki i kasy. Taki trend niestety lansuje się na zachodzie i szybkimi krokami wchodzi do nas.

Moim zdaniem należy zwracać uwagę dzieciom na co , co otrzymują. Bycie wdzięcznym daje wiele korzyści, nie tylko rodzicom, ale też dzieciom. Bycie wdzięcznym nie oznacza, że poprzestajemy na tym, co mamy i że nie chcemy osiągać więcej. Ale chodzi o to, by nie narzekać, ale doceniać na to, co jest. Wtedy mamy też szansę otrzymywać więcej. Jednak nie chęć zysku ma być jedyną pobudką do tego, by chcieć być wdzięcznym.

Jak to u dzieci osiągać? Pokazywać im różne rzeczy, które ma: zabawki, rodziców, rodzeństwo, dziadków. Po prostu zwracać na to uwagę. Rozmawiać, że nie wszystkie dzieci mają rodziców, niekiedy mają tylko mamę czy tatę. A jeśli ma rzeczywiście tylko jednego rodzica, niech będzie wdzięczne i za to. Za to, że ktoś go kocha. To ważne.

Następne tematy rozwinę w następnych artykułach:-))

poniedziałek, 18 marca 2013

edukacja finansowa dzieci

Dlaczego potrzebna jest edukacja finansowa dzieci?

Na pytanie, jak uczysz swoje dziecko o pieniądzach ludzie odpowiadają mi, że albo bagatelizują temat, zasłaniając się tym, że pieniądze nie są najważniejsze (a kto twierdzi, że są???) , albo chwaląc się, że  właśnie dali swojej pociesze kartę kredytową i dziecko uczy się zarządzać swoimi pieniędzmi samo.

Niestety żadna z tych postaw nie prowadzi do wykształcenia w dziecku dobrych nawyków finansowych.

Pokolenie naszych dzieci nie jest uczone liczenia i wyciągania wniosków. Wielokrotnie podczas naszych szkoleń dla młodzieży zauważamy, że dzieci potrafią myśleć schematycznie i jak coś się powtarza, to potrafią rozwiązać zadanie.
W świecie niestety sytuacje powtarzają się rzadko, zmuszając nas do tego, żeby za każdym razem wymyślać nowe rozwiązania.

Młodzi ludzie coraz częściej dostają komórki i karty kredytowe. To powoduje wzmacnianie wszechobecnej postawy roszczeniowej. Nie rozmawia się z dziećmi, jak te pieniądze, które tam się znajdują najlepiej wydać, a jeszcze lepiej wstrzymać się z konsumpcją i zaoszczędzić.
Ale to jest w dzisiejszym swiecie niemodne- chcemy wszystko szybko: szybka rozrywka, szybki seks, szybka przyjemność, szybkie jedzenie. O emeryturze lepiej nie wspominać, bo to kojarzy się albo z agentami ubezpieczeniowymi, którzy wiecznie straszą nas śmiercią, albo zmarszczkami, które są przecież niby do usunięcia przez operacje plastyczne, ale nikomu się tego nie życzy.

Ekonomiści i demografowie przestrzegają przed brakiem emerytur w ogóle (po upadłości ZUS-u), ale i tak nas to nic nie obchodzi, bo jesteśmy młodzi , piękni i ... bogaci.
A nasze dzieci zadłużają się dalej.

Ciekawe tylko, kto zapłaci za nasze leki, czy czynsze, kiedy będziemy już z jakiś powodów niezdolni do pracy? Czy będą nam pomagać dzieci, które już od najmłodszych lat wpadają w sidła "edukacji finansowej" fundowanej przez banki i uczone są zadłużania się.

Dlatego uczmy dzieci sami. Uczmy je dobrych nawyków finansowych, kiedy są jeszcze małe.
Uczmy szacunku do pieniądza, do pracy, powściągliwości w zaspokajaniu potrzeb i wydawaniu pieniędzy.
Jeśli sami nie czujemy się mocni w tematach finansowych, to można uczyć się od innych. Można skorzystać z kursów dla rodziców, jak uczyć dzieci o finansach.

Ograniczmy dostęp do reklamy, kiedy siedzą i czekają na bajkę. Bo reklamy działają podprogowo, a   dzieci są baaaardzo lojanymi klientami! Wie już od dawna o tym cały marketing dziecięcy!

O zadłużaniu się znalałam ciekawy artykuł:
http://biznes.onet.pl/mlodzi-polacy-chetnie-sie-zadluzaja,18490,5446823,1,news-detal

wtorek, 5 lutego 2013

Nieoczekiwana lekcja w centrum doskonalenia nauczycieli

Mam taką misję, żeby trochę urealnić system szkolny. Zaczęłam szkolić nauczycieli. Napisałam kilka projektów i zaczęłam szukać dofinansowania.

Byłam wczoraj na spotkaniu w centrum doskonalenia nauczycieli w celu zaproponowania współpracy. Zauważyłam ciekawą rzecz: pracują tutaj ludzie bardzo mili i ciepli, którzy naprawdę chcą zmian w systemie. Kreatywni i zaradni. To było sprzeczne z moimi wyobrażeniami i doświadczeniami z innymi centrami, gdzie były osoby bardzo konserwatywnie myślące o edukacji i nie znające nic poza własnymi biurkami.

Wracając do spotkania: pan dyrektor zwrócił mi uwagę, że słowo "nauczanie" go wkurza! Dlaczego?

Bo edukacja ma polegać nie na nauczaniu, tylko na organizowaniu procesu uczenia się!

Wyszłam oszołomiona tym, że są ludzie, którzy myślą podobnie do mnie.

Wiele mnie to nauczyczyło. Dziękuję!

piątek, 4 stycznia 2013

Nauczanie a uczenie się ? Różnica?


Wszędzie się mówi, o nauczaniu, są metody nauczania, programy nauczania, a zapominamy , że to nasz mózg, czy raczej się umysł ma wspaniałą zdolność uczenia się i to całkiem samemu i czasem "przypadkiem".

Oddzielmy na chwilę proces nauczania. Zostawmy na boku, a zajmijmy się samym uczeniem, a potem połączymy znowu te dwa procesy i zastanowimy się jak one na siebie wpływają i czy i jaki wpływ ma nauczyciel na uczenie się samego ucznia.

W szkole - całym procesie szkolnym mam wrażenie, że oddzielono ciało/ mózg od umysłu i ducha. Całe nasze społeczeństwo i świat proponuje nam tylko zajęcie się ciałem (fast food, fast seks, fast fun). Umysłem zajmują się wątpliwej reputacji psychologowie a duchem kiedyś próbowała się zajmować religia czy kościół, a teraz młody człowiek  wpada w pułapkę baśniowego świata wróżek, nadprzyrodzonych sił, bioenergoterapii, czy połącznia pt. istoty pozaziemskie, ezoteryka, okultyzm, wiara w magię czy sekty.

A przecież nasz duch wymaga szczególnego traktowania, bo jest bardzo wrażliwy. Mówi się: podnieść ducha, złamać ducha.

My, jako rodzice  mamy ogromny wpływ na ducha drugiej osoby. To takie naczynia połączone. To misternie utkana delikatna siateczka zależności: pomiędzy ludźmi, zwierzętami, roślinami, pomiędzy przeszłością a przyszłością, pomiędzy nauką a biznesem, pomiędzy kobietą a mężczyzną i wreszcie pomiędzy dobrem i złem.

Gdy zmienia się kobieta , zmienia się jej mężczyzna, gdy zaburzymy świat roślin, zwierząt, zaburzy to nasze zdrowie, naszą odporność, gdy jest jakiś konflikt w jednym regionie świata, zaburza to całą sytuację na świecie.

Gdy jeden nauczyciel wpadnie do pokoju nauczycielskiego oburzony, to jakby rozsiewał fale swojej emocji na innych. Gdy wchodzi nauczycielka do klasy i jest uśmiechnięta, rozpromieniona, zadowolona z życia, to taki stan ducha i umysłu przekazuje na swoich uczniów.

W jednym momencie może wytrącić ich ze swojego stanu sprzed 10 sekund i tym samym rozsiać swój uśmiech dalej.

Ten pierwszy moment wejścia do klasy jest najważniejszy.

To tak jakby ktoś mógł robić pierwsze wrażenie za każdym razem, gdy tylko wchodzi na lekcję. To cudowne!  Nie rozumiem, dlaczego w szkole się tego nie wykorzystuje!

To sposób na podniesienie ducha.

W edukacji domowej pracuje się prawie tylko na podniesieniu ducha! Bo to jest najważniejsza zmiana, której chcemy dokonać w umysłach i sercach naszych dzieci!

sobota, 31 grudnia 2011

Rozmowa z uczniem/nastolatkiem/drugą osobą:

Jedyny autentyczny sposób na poprowadzenie młodzieży w kierunku, który chcesz , to zbudowanie pomostu pomiędzy twoim modelem świata a ich modelem poprzez dobry kontakt.


Nasuwa się tu pytanie: czym dobry kontakt jest?

Co można zrobić samemu, by zbudować i utrzymać dobry kontakt z młodzieżą, stworzyć relację zaufania i otwartości?

Zrób takie doświadczenie:

ćwiczenie 1. Usiądź naprzeciwko bliskiej ci osoby. Jak ona jest odchylona do tyłu, ty pochyl się do przodu. Jak ona jest oparta łokciami o kolana, ty oprzyj się plecami o fotel.

ćwiczenie 2. Usiądź obok swojego rozmówcy. Dopasuj się ciałem do niego. Jak on jest odchylony do tyłu, też się odchyl. Jak on jest pochylony do przodu, też tak zrób.

A teraz odpowiedz na pytanie: w którym przypadku czułaś lepsze porozumienie z tą osobą? W ustawieniu tak jak w ćwiczeniu pierwszym czy drugim?

Rozmowa jest jak taniec. Aby stworzyć dobry kontakt trzeba się zharmonizować: głosem, ciałem, oddechem.

Jeśli to zrobisz dobrze, możesz tę osobę później poprowadzić. I nie ma znaczenia, czy to jedna osoba, czy cała grupa uczniów.

Może dla Ciebie to jest banalne, ale z moich obserwacji wynika, że niewiele osób związanych z edukacją stosuje takie proste zabiegi.

Ciekawa jestem Twoich obserwacji. Podziel się ze mną!

piątek, 30 grudnia 2011

Edukacja nastolatka ???

Jak powinna wyglądać edukacja domowa czy nie domowa ale w ogóle w okresie nastoletnim, kiedy ważniejsze niż wiedza stają się koledzy i koleżanki?

Kiedy rodzice są poddawani próbie : Czy oni mają rację czy moja koleżanka?
Jak zwykle wszystko polega na zaufaniu, chociaż moim zdaniem możemy coś z tym zrobić.

Musimy przede wszystkim rzucić wyzwania ! Nie być "tym prowadzącym" ale "tym inspirującym".
Coś takiego zdarzyło mi się podczas wspólnego projektu z liceum w Łodzi , kiedy za moim udziałem powstał klub przedsiębiorczości i rozwoju w szkole. Celem klubu jest rozwój i inspiracja!

I okazało się , że nastolatki ... poszły dalej! To cudowne! Fantastyczne, że można tym dzieciakom pokazać coś, czego nie ma w szkole a one wezmą to w swoje ręce i poniosą dalej! Wystąpieli w konkursie organizowanym przez kino w Łodzi, nakręcili film i wygrali!

Coś dla inpiracji- zobacz poniżej!

środa, 7 grudnia 2011

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Przewrotnie o tym, jakie warunki powinien spełnić rodzic, by uczyć własne dzieci!!!

       Przypomina mi się pytanie jednego z pedagogów, który zaskoczony moją decyzją o zabraniu dzieci z prywatnej, bo przecież najlepszej na świecie i okolicach szkoły, zapytał, czy ja  albo mój mąż mam wykształcenie pedagogiczne.
Zastanawiałam się, co byłoby najlepsze w kwestii prawnej; jakiś obowiązek dla rodziców, który musieliby spełnić, żeby móc nauczać swoje dzieci w domu. Trzeba przecież coś zaproponować, bo liczy się dobro dziecka!

Przeanalizujmy niektóre z propozycji, które urodziły mi się podczas procesu myślenia:

Po pierwsze :

RODZIC POWINIEN MIEĆ FORMALNE WYKSZTAŁCENIE PEDAGOGICZNE- niestety ja nie mam takowego. To oznaczałoby, że się absolutnie nie nadaję do przeprowadzenia choćby jednej lekcji z kimkolwiek. Jakim cudem zatem, moje dzieci nauczyły się  chodzić, czytać, pisać, liczyć? Kto tłumaczył im tę pokręconą tabliczkę mnożenia, gdzie nic z niczego nie wynika i trzeba to wkuć na pamięć, gdy inne metody zawodzą. Szanuję oczywiście matematykę, to przecież królowa nauk. Mówię tylko o tym, że było nam ciężko. Bartek nie lubił siedzieć i liczyć, jakoś więc musieliśmy przebrnąć przez to wszyscy. Tutaj przydały się metody wychowawcze typu marchewka (bez kija). Za każdą stronę przykładów dostawał coś do jedzenia, bo mu się strasznie nudziło.  ( nie jest to wychowawcze, wiem!)  Tabliczkę mnożenia robiliśmy na tarasie i podczas spaceru z sankami w lesie. Przykłady, których nie mógł zapamiętać, pisałam szminką na lustrze w łazience. Potem było: 8 razy 8 to lustro :64.
Tak ,przyznaję , nie mam formalnego wykształcenia pedagogicznego. Ale mój mąż to je ma. Jest z tego powodu bardzo szczęśliwy i dumny zarazem. Nigdy mu się to w życiu nie przydało, a i do edukacji domowej jakoś się nie pali. Jak wstaje rano, to ma w głowie jedno – praca. Dzieci zostały na głowie mamy, która nie ma przecież formalnego… itd.
        Jak miałam zostać mamą, to nikt nie zapytał, czy mogę wychowywać dziecko, czy jestem do tego emocjonalnie i formalnie przygotowana. Czy stać mnie na poświęcenia, nieprzespane noce. A może by tak testować wszystkich rodziców! A co tam! Niech się tłumaczą, że mogą mieć dzieci. Niech przechodzą kursy i zdobywają stopnie. Ktoś musi im oczywiście te kursy organizować i brać za to wynagrodzenie. Kto miałby to robić? Może ministerstwo edukacji?
Tylko, czemu  miałoby to służyć?


Miałam do czynienia z całą rzeszą różnych nauczycielu po różnych studiach pedagogicznych, psychologicznych , kursach nauczycielskich itp. Bardzo fajnie. Tylko, że to teoria. 
Gdy jako nauczyciel, jesteś wkurzony na męża i przychodzisz z tym do pracy do szkoły , przenosisz całe sfrustrowanie na moje dziecko! Mogę spokojnie powiedzieć, że grono pedagogiczne to w 80% ludzie sfrustrowani, żyjący bez celu, nastawieni negatywnie do życia i innych, niezadowoleni ze swojej pracy, zarobków i przerzucających całą winę za swoje nieudane życie na dzieci!

Tu chciałam dodać, że pozostałe 20% nie jest w tak dramatycznej sytuacji psychicznej, ale też nie jest różowo. Tak naprawdę , to istnieje zaledwie garstka wspaniałych nauczycieli, którzy mają tę wizję, pasję i talent. I to właśnie w nich cała masa dzieciaków i ich rodziców pokłada nadzieje.

Tak więc pomysł o wykształceniu pedagogicznym rodziców upadł zupełnie.

PO DRUGIE: 
           A może by tak wprowadzić obowiązkowe WYKSZTAŁCENIE WYŻSZE rodziców edukujących  domowo?
Czemu nie? Tylko , to tak samo dla tych, co dopiero zamierzają mieć dzieci! Sytuacja bardzo podobna.
I jeszcze jak sobie przypomnę wszystkich tych utracjuszy z moich studiów, którzy z trudem przemykali się z roku na rok i mają dzisiaj wykształcenie wyższe, to znowu pytam: Czemu miałoby to służyć?
Czy mama lub tata z wykształceniem wyższym wiedzą, kim byli Fenicjanie?
Ja nie pamiętam- bo studiowałam ekonomię. I nie miałam czasu na Fenicjan, chociaż dużo się mówiło o pieniądzach.
Albo : ile wynosi suma kątów w trójkącie prostokątnym?
A co mnie to obchodzi? Jak będę potrzebowała tej informacji do szczęścia, to sobie to sprawdzę!
Czy rodzic, który po szkole średniej został biznesmenem, artystą, bądź mechanikiem nie jest w stanie usiąść z dzieckiem nad książką i razem przerobić pasjonującego bądź co bądź tematu o obocznościach w języku polskim? Też mu się to przyda!
Ja nie obawiam się takiego problemu. Jestem przekonana, że selekcja rodziców zdecydowanych na edukację domową odbędzie się w sposób naturalny. Jeśli ktoś nie wierzy we własne siły, w jaki sposób mądrze może pokierować losem edukacyjnym swojego dziecka? On zrzuca tę odpowiedzialność na szkołę i ma to z głowy.
Zatem my też mamy z głowy drugi pomysł testowania rodziców.

PO TRZECIE:

       Czy rodzice są w ogóle normalni? A może to jakieś nowe szaleństwo zbiorowe? Jakaś sekta?  Wyślijmy wszystkich na przymusowe BADANIA PSYCHOLOGICZNE!

Niech zbada tę sprawę psycholog. Niech zada rodzicom pytania o celowość takiej nauki w domu. Przecież dziecko może chodzić do szkoły! Bo przecież tutaj ma kontakt z rówieśnikami i nie ucierpią na tym jego zachowania społeczne.
Bo zachowań społecznych można nauczyć się akurat w szkole???
Tak jak wydajności pracy, kreatywności i szczerości można zaznać pracując potem w wielkich korporacjach!
Nic bardziej błędnego!
Moje dzieci w świetlicy nie miały opieki, obawiałam się o ich bezpieczeństwo!
Teraz szkoły panicznie boją się bandytów z zewnątrz, bomb, kradzieży. W tym celu zakładają monitoringi i okratowują okna. Ale prawdziwe zagrożenie jest w samym środowisku szkolnym, kiedy opiekunowe na świetlicy zajmują się sobą zamiast organizować jakieś ciekawe zajęcia, kiedy na korytarzu dzieci się przepychają, kiedy słyszą nieustające krzyki i mają chaos wokół siebie. Żyjemy w świecie nadinformacji, reklam, gier komputerowych, Internetu i … braku miłości. Zapomnieliśmy o wartościach! Ludzie nie spotykają się ,żeby pogadać, tylko żeby coś załatwić. Nie czytają książek, tylko oglądają telewizję, która często zwalnia z myślenia i zajmują się tzw. nicnierobieniem, które jest wymówką na wszystko. Rodzice nie zajmują się problemami szkolnymi swoich pociech, bo gdy te wracają do domu jest już po wszystkim.
Dzieci są wożone ze szkoły na różne zajęcia pozalekcyjne i uczestniczą w wyścigu szczurów. Nie mają czasu na zabawę i bycie wśród przyjaciół.

         W szkole nie rozwiązuje się konfliktów !  Nie tłumaczy się dzieciom, że takie zachowanie jest nieprawidłowe, że robi się komuś krzywdę, że ktoś cierpi, że czuje się znieważony. W szkole dziecko za złe zachowanie dostaje uwagę do dzienniczka i czuje się z tym okropnie, sfrustrowane i gorsze. Cierpi na tym jego duma i wali się poczucie własnej wartości.
Jest jeszcze bardziej rozzłoszczone i dalej robi komuś krzywdę. Koło się zamyka!
W szkole go nikt nie kocha!!!

       Dziecko uczone w domu jest z natury  otoczone rodzicielską miłością. Ma to, co mu się należy.  Gdy robi coś nie tak, ma od razu informację zwrotną: nie podoba mi się twoje zachowanie, przestań to robić, robisz komuś krzywdę, jak ty byś się czuł…itd. Dziecko wie, ono samo jest kochane, podczas gdy ganimy tylko jego zachowanie, a nie człowieka , jako całość.

       Powracając do psychologów: czytając prace niektórych dochodzę do wniosku, że sami potrzebują pomocy.
Nie znają mojego dziecka! Mogą tylko poznać jego zachowanie i próbować dopasować do tego, co przeczytali teoretycznie w książkach, które pisali .... inni psychologowie.

       To ja jestem jedyną osobą na świecie, która zna swoje dziecko od chwili jego poczęcia. Tylko ja znam każdy ruch drobnych paluszków, w których płynie moja własna krew. To ja znam każdy szczegół drobnej twarzyczki, każdy jej grymas, który mówi, w jakiej chwili emocjonalnej się teraz znajduje.
Tylko ja czuję , czy moja córeczka i mój synek mają teraz ochotę na naukę, czy lepiej teraz zjeść pomarańczę i pobawić się , a zacząć czytanie za 15 minut, albo nawet jutro.
Jestem matką! Nie potrzebuję rad żadnego psychologa, nauczyciela, księdza, czy innej osoby. Mogę o nie poprosić, ale nie wolno się z tym narzucać!

Tylko miłość!

To właśnie miłość może być testowana. I to przez samych zainteresowanych.
Nie ma innych wyznaczników, testów, ani wytycznych.

sobota, 29 stycznia 2011

Taki sobie wierszyk o edukacji...:))

Rano wstałam

Dom na głowie
Łóżko słałam
A tu gimnastyka już w połowie!
  • Tata z córką się dziś krząta
  • W kuchni przy śniadaniu
  • Syn się bawi, ja wciąż sprzątam
  • W calutkim mieszkaniu.
I tak sobie w mojej głowie
Pomalutku myślę:
Co dziś zadam moim bąkom?

Co im tu wymyślę?

  •  Czy to ma być matma, polski
  •  Czy dzisiaj przyroda
  •  Egzaminy wciąż nas straszą
  •  A tu – bęc! Przygoda:

 Zadzwoniła babcia miła

 I czeka z kolacją.

 Czy przyjdziemy dziś na obiad?

 -A co z edukacją?!!!

  •  Martwi się wciąż mama
  •  Czy z programem zdąży?
  •  Mnóstwo rzeczy wymyśliła
  •  Lecz jej szkoła ciąży.

 Może by już przestać bać się?

 I tak to nic nie zmieni!

 Będą może gorsze stopnie

 Z egzaminem na jesieni…

  •  W końcu już minęło chyba
  •  Prawie ze dwa lata,
  • Gdy się wreszcie pogodziła
  •  Z tym, że syn jej… lata!

 W końcu pasję ma chłopaczek

 -Lotnictwo-jak należy!

 O to chodzi w edukacji!

 Na tym nam zależy!

  •  O to, by się dziecko ładnie
  •  Samo rozwijało,
  •  By nikt w szkole i gdzie indziej
  •  Pasji nie zabrało.

 O to , by rodzina cała

 Mogła z sobą pobyć.

 By przekazać to, co ważne

 Dziecku. Dać mu pożyć!

 

                                Dorota Piwowarska

 

 

 

czwartek, 27 stycznia 2011

Jaka wiedza o życiu jest przekazywana dzieciom w szkołach? -

Prześledźmy literaturę z klasy I gimnazjum:

„O Etruskach” Zbigniewa Herberta instaluje nam w głowach:

…. My, którzy jesteśmy dziedzicami zbrodni (my, czyli kto dokładnie? Ja, ty …? Ja nie chcę być dziedzicem zbrodni!!! Dlaczego ktoś imputuje mi taki pogląd na mój temat!!! Odcinam się od tego, to pogląd samego autora i jego wewnętrzny osąd na swój temat) .. i przemilczeń, staramy się wymierzyć sprawiedliwość (Czy przypadkiem nie robimy z siebie kogoś w rodzaju samego Boga! Jak możemy wymierzać sprawiedliwość!!!) przeszłości; przywrócić głos wielkim niemowom historii, ludom, którym nie powiodło się w dziejach.
(I tu znów osąd! Jak można kogoś tak oceniać. Tak negatywnie. Skąd mamy wiedzieć, że im się nie powiodło i kto nas upoważnił do takiego sądu nad cywilizacją, o której nic nie wiemy!)
i jeszcze to: „wielkim niemowom historii”. Cóż za ocena bez pokory wobec naszych własnych słabości. A jeśli historia do nas mówi, krzyczy, a my jesteśmy ślepi i głusi, to jak w takim razie mamy nazwać siebie????

Czy chodzi o przywrócenie głosu tym niemowom, czy też zamknięcie naszych własnych ust i  nadstawienie uszu? Może wtedy człowiek więcej by się dowiedział o innych i o sobie samym.

czwartek, 6 maja 2010

Jesteśmy częściowo po egzaminach!

Jesteśmy częściowo po egzaminach!


 
Ostatnie tygodnie były dla nas trudne: emocjonalnie i organizacyjnie.

 
Najpierw egzaminy Agnieszki (I kl.gimnazjum)

 
Harmonogram egzaminów:

 
  • Czwartek 8 kwiecień 2010 historia
  • Poniedziałek 12 kwiecień 2010 biologia
  • Wtorek 13 kwiecień 2010 chemia
  • Środa 14 kwiecień 2010 geografia
  • Czwartek 15 kwiecień 2010 matematyka

 Przerwa w gimnazjum i jedziemy w góry zdawać egzaminy u Bartka w szkole podstawowej (kl.V):

 
  • Poniedziałek: angielski
  • Wtorek: matematyka
  • Środa: historia, język polski
  • Czwartek : przyroda 
Przyjazd do Łodzi i wyjazd nasz (rodziców) do Warszawy i też egzaminy.

 

Czwartek 29 kwietnia 2010 język polski

 
Czeka nas jeszcze język angielski, hiszpański i fizyka.

 
Moje wnioski i obserwacje:

 
Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Warto zastanowić się , co chcemy osiągnąć. Nam zależało na tym, żeby mieć z głowy bez względu na oceny. Zadowoliliśmy się ocenami: 4 i 5. Nie walcząc , nie upierając się i w pełni zgody z nauczycielami.

Wskazówka dla tych, którym zależy na ocenach:
Jak można by uzyskać wyższe oceny?
-Uzgadniając z nauczycielami bardzo szczegółowo zakres tematyczny egzaminów.

 
Okazuje się, że trzeba by czytać dokładnie te same podręczniki, korzystać z tych samych kartkówek i egzaminów, a najlepiej…. Chodzić do szkoły na zajęcia, żeby wiedzieć, na co ten nauczyciel zwróci szczególną uwagę. Oczywiście można poświęcić na to czas i energię, ale , moim zdaniem, są rzeczy ważniejsze i pilniejsze.
 

 

 
Nauczyciele są naprawdę bardzo mili i starają się ocenić dziecko, które w końcu nie chodzi na ich lekcje, jak najlepiej bez krzywdy dla dziecka. Bardzo to cenię!
 
Ja traktuję egzamin jako feedback, tzn. informację zwrotną, co jeszcze mogę zrobić z dzieckiem, jak lepiej jakiś temat przerobić, co jest ważne… co dziecko już potrafi, a z czym sobie nie radzi.
 
Wielkim zaskoczeniem i potwierdzeniem jednocześnie skuteczności naszych metod edukacyjnych, był egzamin z historii w szkole podstawowej i z przyrody. Ponieważ największą trudność sprawia dopasowanie podstawy programowej rozłożonej na 3 lata do rocznych terminów egzaminacyjnych, Bartek pisał test przeznaczony na cały drugi etap edukacyjny, czyli klasy 4-6. Dla nas, jako dla rodziców, było to świetnym sprawdzianem umiejętności i wiedzy dziecka. Taki test powinien być jednak testem typowo diagnostycznym, a nie egzaminacyjnym.

 
Test wydawał mi się trudny, szczegółowy i zawierał wiele pytań opisowych.

  
Dlaczego byliśmy zaskoczeni?

 
Bartek pamiętał bardzo dużo szczegółów, które „przerabialiśmy” głównie na wycieczkach i w luźnych rozmowach z tatą, dziadkiem, przyjacielem … a nie z książek. Na historii dostał pytania o II Wojnę Światową i Katyń, a my jesteśmy na B.Krzywoustym. Poradził sobie dobrze.

 

 

 
Dla dziecka opanowanie materiału z całego roku ze szczegółami jest znacznie trudniejsze niż nauczenie się do jednej klasówki. Nauczyciele opowiadają, że gdyby uczniom piątkowym zrobić egzamin na koniec roku, dostaliby 3 albo 4. Niektórzy twierdzą, że przeciętny uczeń odpowiedziałby poprawnie może na 20% pytań, a zdolny na 50%. Nasze dzieci opanowały ponad 80% materiału i to w sposób bardziej przyjazny niż zakuwanie pamięciowe.
 
Wykazały się rozległą wiedzą (nie wiadomo czasem skąd). Paru tematów w ogóle nie przerabialiśmy, bo zostawiłam to sobie na następny rok.
 
Łączę bowiem I klasę gimnazjum z V klasą podstawówki, poprzez opracowywanie projektów.

  
Za kilka lat może się okazać, że rodzice Ed są najbardziej wykształconą grupą edukatorów. Chcąc nie chcąc , a raczej robiąc to , co im podpowiada serce i intuicja, ucząc się coraz to nowych zagadnień, wyszukując najlepsze materiały edukacyjne w necie, nowości, tłumacząc to, co zostało napisane czy wydane w innych krajach, gdzie Ed nie jest czymś nowym, ale tematem, który się dynamicznie rozwija na potrzeby kształcenia przyszłego świata.
  
Na egzaminach pisemnych był test.

 
W gimnazjum na ustnych losowo wybrane zestawy egzaminacyjne. I niestety atmosfera dosyć "poważna", tzn.bardziej stersująca dla dziecka. Więc maturę mamy już załatwioną:)) Pod względem emocjonalnym- na pewno!

 

środa, 5 maja 2010

A teraz maj!

Zaczął się maj! Wywiozłam dzieci z miasta i jesteśmy na działce. Dookoła las, trochę pada, a my siedzimy przy kominku i czytamy o konstytucji, bo przecież była rocznica.


Dzieciaki miały za zadanie przeczytać II Rozdział Konstytucji RP i wypisać prawa i obowiązki jako obywatela. Zaskakująco dobrze poradziły sobie z językiem prawniczym, nie zrozumiałym dla niektórych dorosłych. Później omówiliśmy sobie prawa i obowiązki obywatela i dzieci zauważyły, że mają znacznie więcej praw! Ciekawe.

Powtarzamy całą gramatykę angielskiego. Agnieszkę czeka za 2 tygodnie egzamin, więc w tempie jednego tematu dziennie , podsumowujemy całą gramatykę. To dla dzieci trochę nowość, bo do tej pory nie mówiłam im, że to czas taki a taki.

Moja intuicja podpowiada mi, że Bartek jest dopiero teraz gotowy na takie lewopółkulowe uporządkowanie. W ogóle go to nie męczy. Wręcz przeciwnie- bawi się tym. Coraz więcej rozumie. Jak nie jest czegoś pewien, powtarza to sobie na głos, żeby to usłyszeć. Tak mu lepiej pasuje szyk zdania i na ogół nie robi błędów.



Pasjonujące jest obserwowanie procesu nauki u swoich dzieci! Jaka szkoda, że większość rodziców nie ma okazji tego doświadczać.