Jako, że moje życie się nieco odmieniło,to i strona www musiała się zmienić. Zapraszam na nową stronę, na której piszę o edukacji: www.DorotaPiwowarska.pl

A to jest mój blog, który pisałam od 2007r.
To strona o edukacji. O edukacji niekonwencjonalnej, ciekawej. Niekoniecznie regularnej i systematycznej, ale na pewno twórczej i zabawnej.
A o domowej w szczególności. Piszę ją jako mama dwojga dzieci , które były nauczane tą metodą .
Jeśli jesteś rodzicem, który troszczy się o swoje dziecko , i dla którego system szkolny nie ma oferty edukacyjnej lub jeśli jesteś nauczycielem i czujesz, że w sobie pasję do nauczania a system
szkolny Cię ogranicza, to zapraszam Cię do lektury mojego bloga.

Zamieszczam tutaj moje osobiste przemyślenia, różne informacje, rozwiązania wynikające z doświadczenia oraz
porady czysto praktyczne, nie stanowiące porad prawnych,
finansowych, psychologicznych.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metody. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2015

O Marii Montessori i jej metodzie


Maria Montessori to włoska lekarka (ur.1879r.), która obserwowała dzieci z upośledzeniem umysłowym. Jej pierwszą metodą pedagogiczną była nazwana przez samą autorkę pedagogiką naukową. Na początku swoje metody stosowała ją na dzieciach upośledzonych, twierdząc, że jeśli jakaś metoda się sprawdza na dzieciach z upośledzeniem , to można ją z powodzeniem zastosować u dzieci normalnych.

Stworzyła w Rzymie pierwszy dom dziecka, w którym zajmowała się wychowaniem dzieci rodzin robotników. Wkrótce na podstawie doświadczeń tam zdobytych opracowała swoją metodę i ogłosiła drukiem. Jej metoda znalazła zwolenników zarówno w Europie jak i Ameryce i Azji.

Aby zrozumieć jej pedagogikę należałoby najpierw poznać jej filozofię i patrzenie na dziecko, gdyż ma to zasadnicze znaczenie jeśli chodzi o wpływ na kształcenie i wychowanie. Dziecko jest postrzegane jako oddzielna istota, która sama dąży do rozwoju. Nikt za dziecko nie może dorosnąć, nabyć doświadczeń ani przeżyć życia. Dziecko ma też naturalny pęd do swojego rozwoju poprzez działanie twórcze.

Człowiek i wszechświat stanowią jedność. Jedność ze światem przejawia się w ładzie i porządku, który ustalony przez Boga należy respektować. Ma to swoje odzwierciedlenie w zasadach wychowania, gdzie króluje ład i porządek (w przeciwieństwie do sztucznie wytworzonej dyscypliny). Dziecko uczone jest, że najważniejszą wartością w życiu jest miłość, która wyraża się w naturalnej trosce o drugiego człowieka, szacunku, trosce o środowisko i przyrodę.

Podstawą systemu Montessori jest twierdzenie, że dzieci mają naturalne zdolności i należy im stworzyć takie środowisko i zapewnić takie wychowanie, które te zdolności wydobędą na światło dzienne i wzmocnią. Ten system wychowania obejmuje całe dziecko: jego rozwój fizyczny, emocjonalny i duchowy.

Zdaniem Marii Montessori dziecko ma naturalny pęd do ruchu i pracy, więc należy stworzyć środowisko, które będzie w sposób uporządkowany zapełniało dzień czynnościami, uwzględniając indywidualne predyspozycje każdego dziecka. Olbrzymie znaczenie ma otoczenie, w którym dziecko się znajduje, dlatego  należy brać pod uwagę 4 elementy:

1.       Budynek szkoły/ sala/ pokój

2.       Sprzęt

3.       Materiał rozwojowy

4.       nauczyciel

Dlatego też przy domu dziecka został zaprojektowany ogród, w którym dzieci obcując z naturą mogły spędzać czas, wykonując rozmaite czynności, do których miało chęć: podlewanie roślin, przesadzanie, ubieranie się, robienie porządków…

Przy czym sposób przygotowania przestrzeni dla dziecka był bardzo podobny, jak miałoby w swoim domu rodzinnym, tylko, że wszystkie sprzęty i meble  były w wymiarach i na wysokości dziecka, a nie dorosłego, np. światło, meble: stoły, krzesła, szafki. Meble są na tyle lekkie, żeby dziecko samo mogło je przesunąć.  Naczynia są kruche, żeby dziecko uczyło się z nimi postępować delikatnie. Każde miejsce jest starannie przemyślane i przygotowane. Dziecko poprzez wykonywanie rzeczywistych czynności uczy się ich dla późniejszego wykonania. Taka nauka jest poniekąd w formie zabawy, lecz umiejętności ćwiczone są bardzo konkretne. Dziecko nabiera wiary w siebie, uczy się troski o przedmioty i szacunku do drugiej osoby, pomagając sobie w grupie.

Materiał dydaktyczny jest tak przygotowany, żeby pobudzał intelekt, dostarczał emocji i ćwiczył ciało. Dodatkowo bezcenną rzeczą jest wbudowana w materiał dydaktyczny kontrola błędów, które dziecko może dokonać samoistnie, praktycznie bez pomocy nauczyciela  i destrukcyjnej roli  ocen.

Każda z pomocy dydaktyczny służy do wykształcenia poszczególnych umiejętności lub zmysłów. Wrażliwość dotykowa i wzrokowa jest kształcona poprzez dobieranie materiału od najmniejszego do największego: walce, słupki graniaste, sześciany… wszystko to dziecko może dotknąć, wziąć do ręki, poobracać, pobawić się. Dzięki temu każda „lekcja” jest bardzo ciekawa i unika się rutyny.

Kształcenie słuchu następuje poprzez używanie różnego rodzaju gwizdków i innych instrumentów, w których dźwięk poparty jest dodatkowo bodźcem wzrokowym, np. kolorem. Potem następuje rozróżnianie jeszcze bardziej subtelności, zawiązuje się dziecku oczy i może samo wskazać poszczególne dźwięki.

Bardzo duże znaczenie przywiązuje się do ruchu i kształcenia w kierunku fizycznym. Dziecko w sposób naturalny podczas różnych ćwiczeń dydaktycznych uczy się chodzenia po prostej, po elipsie, a także sznurowania butów na specjalnie do tego przygotowanym przyrządzie.

Czytanie,  pisanie i liczenie to umiejętności wymagające dłuższego przygotowania. Dziecko już od piątego roku życia jest zaznajamiane z literkami i figurami używając do tego swojego własnego ciała i ćwicząc pamięć dzięki pamięci ciała.

W metodzie pracy, jaki opracowała Maria Montessori zupełnie inaczej jest postrzegana rola nauczyciela. To osoba, która nade wszystko nie naucza, nie kontroluje i nie narzuca przebiegu zajęć. Najważniejsza jest swoboda dziecka i nauczyciel występuje jako mentor i obserwator podążający za dzieckiem. Rola nauczyciela sprowadza się do poszukiwania ciekawych pomocy dydaktycznych i ogólnie do organizowania procesu edukacyjnego. Natomiast dziecko uczy się samo i dla siebie. Nie ma jako takiej pracy w grupie. Wrażliwość społeczną wyrabia się poprzez postawę troski, służby i pomocy jednych drugim.

Jak widać, system Marii Montessori zupełnie zrywa z przyjętym ogólnym systemem wychowania. Daje dziecku nieprawdopodobną możliwość własnego rozwoju, a śledzący jego postępy nauczyciel, pozostający niejako w cieniu, może być tą jedyną osobą, która doświadczy tego momentu, w którym dziecko poznaje, bada i rozumie. To wspaniała możliwość móc obserwować eksperymenty młodego człowieka, który dopiero co doświadcza i bada świat, którym, nam dorosłym wydaje się już taki poznany.

System Montessori ma jak każda metoda swoich przeciwników. Zarzuca się przede wszystkim zbytnią samodzielność dziecka i tendencyjność w narzucaniu materiału dydaktycznego przez nauczyciela, ograniczając tym  samym pełną wolność wyboru dziecka. Sama metoda pracy montessoriańskiej wymaga niestandardowego i otwartego podejścia nauczycieli. Trudno jest niektórym nauczycielom stać z boku i tylko cierpliwie obserwować błędy , jakie dziecko popełnia, niejako będąc niepotrzebnym. Wymaga to olbrzymiej pokory ze strony  samego nauczyciela. Będzie to możliwe dopiero wtedy, gdy zmieni się system kształcenia nauczycieli.

Jako matko dwojga dzieci, które uczęszczały do przedszkola z elementami Montessori mogę  opisać swoje osobie doświadczenie z moimi dziećmi. Efekty kształcenia metodą Marii Montessori są dużo wyższe niż tradycyjnymi. Ich sposób codziennego funkcjonowania był uporządkowany i uprzejmy. Nauczyły się rozmawiać i rozwiązywać na bieżąco powstałe konflikty. Wszystkie te działania były wzmacniane w domu. Moje dzieci nauczyły się czytać, pisać, liczyć już w wieku 6 lat.

Poszły więc do szkoły z tymi umiejętnościami i tutaj zamiast się rozwijać, musiały poczekać, jak inne dzieci nauczą się do  poziomu posiadanych przez nich umiejętności. W szkole Montessori  nie musiałyby czekać, a mogłyby pójść dalej, rozwijając nowe umiejętności.

Będąc  w systemie edukacji domowej mogliśmy uczestniczyć w zajęciach pracy własnej w niewielkiej szkole, gdzie w jednej sali lekcyjnej uczyło się ok. 20 uczniów metodą indywidualną. Każdy uczeń zajmował się tym, co w danej chwili go interesowało. Jedni rysowali, inni czytali książki z dziedziny geografii, inni oglądali preparaty pod mikroskopem. Rola nauczyciela polegała na cichej obserwacji pracy ucznia i po prostu obecności i byciu do dyspozycji. W sali panowała idealna cisza, nikt sobie nie przeszkadzał. Każde dziecko brało swoją pomoc , zanosiło do miejsca pracy, a później odkładało na miejsce i brało następną. Czas pracy wynosił nie 45 minut, ale 2 godziny. Nikt się nie nudził, nikt nie hałasował, nikt nie biegał, nikt nie jadł w tym czasie.

Osobiście uważam, że najważniejsze są zasady, jakie wprowadzi się w pracy z dziećmi i ich konsekwentne przestrzeganie. I najważniejsza zasada:  miłość i życzliwość do drugiego człowieka, potrafi zdziałać cuda.

środa, 30 lipca 2014

Młodzi, gniewni-historia Rona Clarck'a

Pomysł na fabułę filmu- banalny i koniec przewidywalny: nietuzinkowy nauczyciel dostaje pracę w nowej szkole w jednej z najgorszych  dzielnik Nowego Jorku- Harlemie. Kradzieże, narkotyki, zabójstwa to codzienność tamtejszych dzieciaków.

To, co naprawdę dzieje się w filmie jest pokazane poprzez ludzkie emocje, które udało się reżyserowi uchwycić i wciągnąć nas w realny świat. Od razu chcemy pomóc nauczycielowi okiełznać bandę rozwrzeszczanych dzieciaków. Jest jeszcze jeden wątek: dzieciaki są czarne, dzielnica jest czarna, dyrektor i nauczyciele są czarni, a ten jeden - biały.

Ciekawe połączenie. Czy mu się ud? Od razu wiemy, że tak. Bo niby po co Amerykanie mieliby tracić dziesiątki metrów taśmy filmowej i pracy dziesiątek ludzi, gdyby finał nie był pozytywny!

Ale pytanie nie jest czy mu się uda, ale jak on to zrobi? Co będzie  tym pierwszym momentem, w którym dzieciaki przełamią wrogość i opór wobec białego nauczyciela?

Nauczyciel po pierwsze chce poznać swoich uczniów. Dlatego też udaje się do każdego dziecka do domu, by poznać jego otoczenie i rodziców. Przy tej okazji dowiaduje się, że jego uczniowie to dzieciaki niekochane, niechciane i wykorzystywane tylko do zrobienia różnych rzeczy w domu. Nie mają głosu, nikt nie słucha ich zdania i nie liczy się z ich zateresowaniami.
Co ważne, rodziców nie obchodzi los dzieci, bo mają o nich  przekonanie, że to nieudaczniki z najgorszej szkoły w mieście. Nie uczą się, nie osiągną nic i są spisane na straty.

Niestety to powszechna opinia o dzieciakach z uboższych rodzin. Ale jak nieprawdziwa!

Drugą rzeczą, którą wprowadza nauczyciel to ZASADY!
Pierwsza z nich to:     Miej duże marzenie.
Druga:                      Podejmij ryzyko.

Mówi również: mam dla was niespodziankę: dzisiaj nie będzie lekcji.

To, co mu się udało to fakt, że dzieciaki zainteresowały się na chwilę. Co za palant zawraca nam gitarę jakimiś zasadami? Co to są zasady i po co?
Jednak druga strona próbuje swoich sił w wnerwianiu nauczyciela. Robią po cichu zakłady: jak długo z nimi wytrzyma.

Czy dzieciaki są jakiejś bardzo okrutne?
Może niekoniecznie. Może należało by powiedzieć, że sprytne i zestresowane. Boją się, że nauczyciel odejdzie, jak 3 poprzednich, boją się związać, to to oznaczało by dla nich olbrzymią zmianę i wyzwanie, na które nie są gotowe.

Inną ważną regułą, którą wprowadził było:

                              JESTEŚMY RODZINĄ.
                              SZANUJEMY SIĘ

Opór przełamywał się stopniowo. Drobne zmiany każdego dnia.

Słowo klucz to KONSEKWENCJA.

Trudno buduje się zaufanie. Łatwo je też nadwerężyć. Ale bez relacji, bez obopólneo zaufania trudn jest przekazywać komuś wiedzę. To znaczy przekazywać sobie można, ale bezowocnie i tylko w jedną stronę. 

Edukacja polega na wymianie. Wymianie relacji, potem wiedzy. I dlaczego miałoby to się odbywać w jedną stronę? Dlaczego tylko nauczyciel ma uczyć ucznia a nie odwrotnie? 

Ale nie będę opisywać całego filmu! warto go obejrzeć samemu. 


Film można obejrzeć tutaj:

http://www.youtube.com/watch?v=rWj8BXSWu-w

wtorek, 5 lutego 2013

Nieoczekiwana lekcja w centrum doskonalenia nauczycieli

Mam taką misję, żeby trochę urealnić system szkolny. Zaczęłam szkolić nauczycieli. Napisałam kilka projektów i zaczęłam szukać dofinansowania.

Byłam wczoraj na spotkaniu w centrum doskonalenia nauczycieli w celu zaproponowania współpracy. Zauważyłam ciekawą rzecz: pracują tutaj ludzie bardzo mili i ciepli, którzy naprawdę chcą zmian w systemie. Kreatywni i zaradni. To było sprzeczne z moimi wyobrażeniami i doświadczeniami z innymi centrami, gdzie były osoby bardzo konserwatywnie myślące o edukacji i nie znające nic poza własnymi biurkami.

Wracając do spotkania: pan dyrektor zwrócił mi uwagę, że słowo "nauczanie" go wkurza! Dlaczego?

Bo edukacja ma polegać nie na nauczaniu, tylko na organizowaniu procesu uczenia się!

Wyszłam oszołomiona tym, że są ludzie, którzy myślą podobnie do mnie.

Wiele mnie to nauczyczyło. Dziękuję!

sobota, 31 grudnia 2011

Rozmowa z uczniem/nastolatkiem/drugą osobą:

Jedyny autentyczny sposób na poprowadzenie młodzieży w kierunku, który chcesz , to zbudowanie pomostu pomiędzy twoim modelem świata a ich modelem poprzez dobry kontakt.


Nasuwa się tu pytanie: czym dobry kontakt jest?

Co można zrobić samemu, by zbudować i utrzymać dobry kontakt z młodzieżą, stworzyć relację zaufania i otwartości?

Zrób takie doświadczenie:

ćwiczenie 1. Usiądź naprzeciwko bliskiej ci osoby. Jak ona jest odchylona do tyłu, ty pochyl się do przodu. Jak ona jest oparta łokciami o kolana, ty oprzyj się plecami o fotel.

ćwiczenie 2. Usiądź obok swojego rozmówcy. Dopasuj się ciałem do niego. Jak on jest odchylony do tyłu, też się odchyl. Jak on jest pochylony do przodu, też tak zrób.

A teraz odpowiedz na pytanie: w którym przypadku czułaś lepsze porozumienie z tą osobą? W ustawieniu tak jak w ćwiczeniu pierwszym czy drugim?

Rozmowa jest jak taniec. Aby stworzyć dobry kontakt trzeba się zharmonizować: głosem, ciałem, oddechem.

Jeśli to zrobisz dobrze, możesz tę osobę później poprowadzić. I nie ma znaczenia, czy to jedna osoba, czy cała grupa uczniów.

Może dla Ciebie to jest banalne, ale z moich obserwacji wynika, że niewiele osób związanych z edukacją stosuje takie proste zabiegi.

Ciekawa jestem Twoich obserwacji. Podziel się ze mną!

środa, 7 grudnia 2011

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Przewrotnie o tym, jakie warunki powinien spełnić rodzic, by uczyć własne dzieci!!!

       Przypomina mi się pytanie jednego z pedagogów, który zaskoczony moją decyzją o zabraniu dzieci z prywatnej, bo przecież najlepszej na świecie i okolicach szkoły, zapytał, czy ja  albo mój mąż mam wykształcenie pedagogiczne.
Zastanawiałam się, co byłoby najlepsze w kwestii prawnej; jakiś obowiązek dla rodziców, który musieliby spełnić, żeby móc nauczać swoje dzieci w domu. Trzeba przecież coś zaproponować, bo liczy się dobro dziecka!

Przeanalizujmy niektóre z propozycji, które urodziły mi się podczas procesu myślenia:

Po pierwsze :

RODZIC POWINIEN MIEĆ FORMALNE WYKSZTAŁCENIE PEDAGOGICZNE- niestety ja nie mam takowego. To oznaczałoby, że się absolutnie nie nadaję do przeprowadzenia choćby jednej lekcji z kimkolwiek. Jakim cudem zatem, moje dzieci nauczyły się  chodzić, czytać, pisać, liczyć? Kto tłumaczył im tę pokręconą tabliczkę mnożenia, gdzie nic z niczego nie wynika i trzeba to wkuć na pamięć, gdy inne metody zawodzą. Szanuję oczywiście matematykę, to przecież królowa nauk. Mówię tylko o tym, że było nam ciężko. Bartek nie lubił siedzieć i liczyć, jakoś więc musieliśmy przebrnąć przez to wszyscy. Tutaj przydały się metody wychowawcze typu marchewka (bez kija). Za każdą stronę przykładów dostawał coś do jedzenia, bo mu się strasznie nudziło.  ( nie jest to wychowawcze, wiem!)  Tabliczkę mnożenia robiliśmy na tarasie i podczas spaceru z sankami w lesie. Przykłady, których nie mógł zapamiętać, pisałam szminką na lustrze w łazience. Potem było: 8 razy 8 to lustro :64.
Tak ,przyznaję , nie mam formalnego wykształcenia pedagogicznego. Ale mój mąż to je ma. Jest z tego powodu bardzo szczęśliwy i dumny zarazem. Nigdy mu się to w życiu nie przydało, a i do edukacji domowej jakoś się nie pali. Jak wstaje rano, to ma w głowie jedno – praca. Dzieci zostały na głowie mamy, która nie ma przecież formalnego… itd.
        Jak miałam zostać mamą, to nikt nie zapytał, czy mogę wychowywać dziecko, czy jestem do tego emocjonalnie i formalnie przygotowana. Czy stać mnie na poświęcenia, nieprzespane noce. A może by tak testować wszystkich rodziców! A co tam! Niech się tłumaczą, że mogą mieć dzieci. Niech przechodzą kursy i zdobywają stopnie. Ktoś musi im oczywiście te kursy organizować i brać za to wynagrodzenie. Kto miałby to robić? Może ministerstwo edukacji?
Tylko, czemu  miałoby to służyć?


Miałam do czynienia z całą rzeszą różnych nauczycielu po różnych studiach pedagogicznych, psychologicznych , kursach nauczycielskich itp. Bardzo fajnie. Tylko, że to teoria. 
Gdy jako nauczyciel, jesteś wkurzony na męża i przychodzisz z tym do pracy do szkoły , przenosisz całe sfrustrowanie na moje dziecko! Mogę spokojnie powiedzieć, że grono pedagogiczne to w 80% ludzie sfrustrowani, żyjący bez celu, nastawieni negatywnie do życia i innych, niezadowoleni ze swojej pracy, zarobków i przerzucających całą winę za swoje nieudane życie na dzieci!

Tu chciałam dodać, że pozostałe 20% nie jest w tak dramatycznej sytuacji psychicznej, ale też nie jest różowo. Tak naprawdę , to istnieje zaledwie garstka wspaniałych nauczycieli, którzy mają tę wizję, pasję i talent. I to właśnie w nich cała masa dzieciaków i ich rodziców pokłada nadzieje.

Tak więc pomysł o wykształceniu pedagogicznym rodziców upadł zupełnie.

PO DRUGIE: 
           A może by tak wprowadzić obowiązkowe WYKSZTAŁCENIE WYŻSZE rodziców edukujących  domowo?
Czemu nie? Tylko , to tak samo dla tych, co dopiero zamierzają mieć dzieci! Sytuacja bardzo podobna.
I jeszcze jak sobie przypomnę wszystkich tych utracjuszy z moich studiów, którzy z trudem przemykali się z roku na rok i mają dzisiaj wykształcenie wyższe, to znowu pytam: Czemu miałoby to służyć?
Czy mama lub tata z wykształceniem wyższym wiedzą, kim byli Fenicjanie?
Ja nie pamiętam- bo studiowałam ekonomię. I nie miałam czasu na Fenicjan, chociaż dużo się mówiło o pieniądzach.
Albo : ile wynosi suma kątów w trójkącie prostokątnym?
A co mnie to obchodzi? Jak będę potrzebowała tej informacji do szczęścia, to sobie to sprawdzę!
Czy rodzic, który po szkole średniej został biznesmenem, artystą, bądź mechanikiem nie jest w stanie usiąść z dzieckiem nad książką i razem przerobić pasjonującego bądź co bądź tematu o obocznościach w języku polskim? Też mu się to przyda!
Ja nie obawiam się takiego problemu. Jestem przekonana, że selekcja rodziców zdecydowanych na edukację domową odbędzie się w sposób naturalny. Jeśli ktoś nie wierzy we własne siły, w jaki sposób mądrze może pokierować losem edukacyjnym swojego dziecka? On zrzuca tę odpowiedzialność na szkołę i ma to z głowy.
Zatem my też mamy z głowy drugi pomysł testowania rodziców.

PO TRZECIE:

       Czy rodzice są w ogóle normalni? A może to jakieś nowe szaleństwo zbiorowe? Jakaś sekta?  Wyślijmy wszystkich na przymusowe BADANIA PSYCHOLOGICZNE!

Niech zbada tę sprawę psycholog. Niech zada rodzicom pytania o celowość takiej nauki w domu. Przecież dziecko może chodzić do szkoły! Bo przecież tutaj ma kontakt z rówieśnikami i nie ucierpią na tym jego zachowania społeczne.
Bo zachowań społecznych można nauczyć się akurat w szkole???
Tak jak wydajności pracy, kreatywności i szczerości można zaznać pracując potem w wielkich korporacjach!
Nic bardziej błędnego!
Moje dzieci w świetlicy nie miały opieki, obawiałam się o ich bezpieczeństwo!
Teraz szkoły panicznie boją się bandytów z zewnątrz, bomb, kradzieży. W tym celu zakładają monitoringi i okratowują okna. Ale prawdziwe zagrożenie jest w samym środowisku szkolnym, kiedy opiekunowe na świetlicy zajmują się sobą zamiast organizować jakieś ciekawe zajęcia, kiedy na korytarzu dzieci się przepychają, kiedy słyszą nieustające krzyki i mają chaos wokół siebie. Żyjemy w świecie nadinformacji, reklam, gier komputerowych, Internetu i … braku miłości. Zapomnieliśmy o wartościach! Ludzie nie spotykają się ,żeby pogadać, tylko żeby coś załatwić. Nie czytają książek, tylko oglądają telewizję, która często zwalnia z myślenia i zajmują się tzw. nicnierobieniem, które jest wymówką na wszystko. Rodzice nie zajmują się problemami szkolnymi swoich pociech, bo gdy te wracają do domu jest już po wszystkim.
Dzieci są wożone ze szkoły na różne zajęcia pozalekcyjne i uczestniczą w wyścigu szczurów. Nie mają czasu na zabawę i bycie wśród przyjaciół.

         W szkole nie rozwiązuje się konfliktów !  Nie tłumaczy się dzieciom, że takie zachowanie jest nieprawidłowe, że robi się komuś krzywdę, że ktoś cierpi, że czuje się znieważony. W szkole dziecko za złe zachowanie dostaje uwagę do dzienniczka i czuje się z tym okropnie, sfrustrowane i gorsze. Cierpi na tym jego duma i wali się poczucie własnej wartości.
Jest jeszcze bardziej rozzłoszczone i dalej robi komuś krzywdę. Koło się zamyka!
W szkole go nikt nie kocha!!!

       Dziecko uczone w domu jest z natury  otoczone rodzicielską miłością. Ma to, co mu się należy.  Gdy robi coś nie tak, ma od razu informację zwrotną: nie podoba mi się twoje zachowanie, przestań to robić, robisz komuś krzywdę, jak ty byś się czuł…itd. Dziecko wie, ono samo jest kochane, podczas gdy ganimy tylko jego zachowanie, a nie człowieka , jako całość.

       Powracając do psychologów: czytając prace niektórych dochodzę do wniosku, że sami potrzebują pomocy.
Nie znają mojego dziecka! Mogą tylko poznać jego zachowanie i próbować dopasować do tego, co przeczytali teoretycznie w książkach, które pisali .... inni psychologowie.

       To ja jestem jedyną osobą na świecie, która zna swoje dziecko od chwili jego poczęcia. Tylko ja znam każdy ruch drobnych paluszków, w których płynie moja własna krew. To ja znam każdy szczegół drobnej twarzyczki, każdy jej grymas, który mówi, w jakiej chwili emocjonalnej się teraz znajduje.
Tylko ja czuję , czy moja córeczka i mój synek mają teraz ochotę na naukę, czy lepiej teraz zjeść pomarańczę i pobawić się , a zacząć czytanie za 15 minut, albo nawet jutro.
Jestem matką! Nie potrzebuję rad żadnego psychologa, nauczyciela, księdza, czy innej osoby. Mogę o nie poprosić, ale nie wolno się z tym narzucać!

Tylko miłość!

To właśnie miłość może być testowana. I to przez samych zainteresowanych.
Nie ma innych wyznaczników, testów, ani wytycznych.

środa, 5 maja 2010

A teraz maj!

Zaczął się maj! Wywiozłam dzieci z miasta i jesteśmy na działce. Dookoła las, trochę pada, a my siedzimy przy kominku i czytamy o konstytucji, bo przecież była rocznica.


Dzieciaki miały za zadanie przeczytać II Rozdział Konstytucji RP i wypisać prawa i obowiązki jako obywatela. Zaskakująco dobrze poradziły sobie z językiem prawniczym, nie zrozumiałym dla niektórych dorosłych. Później omówiliśmy sobie prawa i obowiązki obywatela i dzieci zauważyły, że mają znacznie więcej praw! Ciekawe.

Powtarzamy całą gramatykę angielskiego. Agnieszkę czeka za 2 tygodnie egzamin, więc w tempie jednego tematu dziennie , podsumowujemy całą gramatykę. To dla dzieci trochę nowość, bo do tej pory nie mówiłam im, że to czas taki a taki.

Moja intuicja podpowiada mi, że Bartek jest dopiero teraz gotowy na takie lewopółkulowe uporządkowanie. W ogóle go to nie męczy. Wręcz przeciwnie- bawi się tym. Coraz więcej rozumie. Jak nie jest czegoś pewien, powtarza to sobie na głos, żeby to usłyszeć. Tak mu lepiej pasuje szyk zdania i na ogół nie robi błędów.



Pasjonujące jest obserwowanie procesu nauki u swoich dzieci! Jaka szkoda, że większość rodziców nie ma okazji tego doświadczać.

wtorek, 23 marca 2010

Trochę techniki- Nauka matematyki

Świetnym powtórzeniem dla nas są MIND-MAPY, czyli mapy myśli.

Na zdjęciach (oryginalnych) można od razu dostrzec, w jaki sposób umysy różnych osób organizują sobie informacje:

Poniżej przedstawiam kilka mind-map z matematyki z klasy VI. Wszystko przerobione przez 3 tygodnie.
Dla mnie to świetny materiał przydatny teraz do drugiego dziecka.

To mapa moja:
 to mapa mojej córki: robiona ze mną:



to też jej mapa, robiona samej:



moje powtórzenie z ułamków zwykłych:
ułamki zwykłe Agnieszki:



A ja się dziwiłam, że ktoś po prostu nie łapie wszystkiego, gdzy informacje są poukładane.

Poukładane są: ale w sposób dobry dla mnie, a nie dla Agi. Ona myśli linearnie, czyta zabójczo szybko i woli całe zdania, a niżeli cyfry i punkty, tak jak ja.

Widać współpracę (i konflikt) pomiędzy prawą i lewą półkulą. Cudownie. Mamy wyzwanie!!!

Wyzwanie dla mamy- nauczyciela.

Bo dziecko od dawna zmagało się chyba z moimi poleceniami, które jak widać nie były w całości dopasowane dla niej.

czwartek, 18 marca 2010

Jak przygotować egzamin dla homeschoolersów ?

Doświadczenie w edukacji domowej przez ostatnie 3 lata podpowiada, że dzieci kształcone w tym systemie mają dużo większą swobodę w wybieraniu tematów, które je interesują.

Nauka idzie więc dwoma torami:
1)to co na egzamin jest przerabiane z książek i ćwiczeń (i wrzucane do lewej półkuli, żeby na egzaminie "to" stamtąd wyciągnąć)
2)to, co pokazuje życie jest przerabiane na żywo, często spontanicznie , nie poukładane w ramy i bez ograniczeń, potem prezentowane poprzez projekty.

Dla rodziców i dzieci stanowi to dużą trudność, bo często się zdarza, że materiał "się nie pokrywa" z wymaganiami przewidzialnymi na "ten rok".

Jak w takim razie ułożyć sobie współpracę z nauczycielami?


Doświadczenia wielu rodzin pokazują, że istnieje wspólna płaszczyzna, na której można się porozumieć.

Egzaminy są organizowane w dwóch etapach:

część pisemna, krótsza, jest czysto formalnym sprawdzianem wiadomości z części podstawy programowej, która jest obowiązkowa; zawiera części dotyczące wyciąganie własnych wniosków, analizowania, pytania otwarte, , mniej definicji pojęć pamięciowych, a więcej logicznego rozumowania
druga część znacznie bogatsza- daje możliwość zaprezentowania tego, czym naprawdę dziecko się zajmowało w domu, pokazuje umiejętności ucznia, jego pasje i zainteresowania. Po omawianiu tego, co dziecko pasjonuje , można ocenić poziom wypowiedzi dziecka, płynność, umiejętność posługiwania się językiem polskim a także: sposób prezentowania materiału: czy był ciekawy, czy dziecko umie panować nad stresem, czy umie organizować swoją wypowiedź,
Ponieważ uczymy nasze dzieci elementów z wystąpień publicznych i pracy z urządzeniami multimedialnymi,dobrze by było włączyć te umiejętności w część egzaminacyjną.
Zajmujemy się również szeroko pojętą edukacją finansową dzieci, której w szkole w ogóle nie ma.


Mieliśmy już takie egzaminy i bardzo dobrze było to odebrane zarówno przez dzieci jak i przez nauczycieli.

piątek, 11 grudnia 2009

O stawianych sobie i dziecku celach:

Dokonaj swojego wyboru!
Jeśli tego nie zrobisz, znajdzie się wiele osób chętnych , by zrobić to za ciebie.

Wyznacz sobie cele!
Ale uwaga, by nie były zbyt małe.
Jeśli cel jest zbyt trywialny, np.-uporządkuję swój pokój- to jest niezbyt ekscytujące zadanie. Trudno się do tego zabrać.

Znajdź połączenie z większym, ważniejszym i bardziej motywującym celem.

Pytanie: „Jeśli osiągnę ten cel, co mi to da?”

Na przykład: zrobię sobie miejsce do pracy nad czymś większy. Wtedy zabieram się do wykonania mniejszego zadania z energią czerpaną z czegoś większego!

Do dziecka można powiedzieć tak:

-Posprzątaj pokój, wtedy będziesz miał więcej przestrzeni na zabawę i układanie swoich samolotów/klocków na podłodze!
-Gdy masz porządek na biurku, szybko możesz znaleźć potrzebne ci przybory do malowania.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Porządek dnia w ewolucji

Na początku edukacji domowej dzieci po prostu się bawiły. Potem były egzaminy i doszły do wniosku, że trzeba się trochę pouczyć. Teraz nie ma już problemu czy się uczyć, czy nie, tylko: czego najpierw.
Dzieci układają sobie plan dnia. Widzę, że każde pracuje inaczej. Ale oboje dążą do pewnego uporządkowania dnia.

Bartek woli robić z matmy 2 strony codziennie, więc to robi.
Taki porządek nie był narzucony, ale powstał z doświadczeń. I to jest bardzo cenne zarówno dla dzieci jak i dla mnie.

Język i matematyka musi być prowadzony systematycznie i powtarzany. Raz w tygodniu gramatyka, raz słuchanie, trzy razy rozmowa. W sumie dało to po podziale 3 pełne godziny. Powtarzanie w samochodzie, na spacerze.

Matma: 3 godziny w tygodniu liczenia i jedna geometrii
(w piątek), tak trochę dla odpoczynku.
Raz literatura języka polskiego, raz gramatyka. Trochę się trzeba przyłożyć do przedmiotów nowych: fizyka, chemia. To dla mnie wyzwanie. Ale radzę sobie dzielnie.

Wystarczy.

Reszta idzie intuicyjnie, poprzez rozmowy, filmy, DVD, Edu-Romy, słuchanie.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Jak "zmierzyć" niemierzalne?

Z moich obserwacji wynika, że to, co się wkłada do lewej półkuli, tzn. odmianę przez przypadki, struktury gramatyczne itd. łatwiej później sprawdzić.

Jest to po prostu bardziej mierzalne.
Stąd egzaminy są w formie testów dla lewopółkulowych informacji.


Nurtuje mnie pytanie: Jak w ogóle można sprawdzić uczenie intuicyjne?

Kto lepiej coś czuje?

Przecież dla egzaminatora wychowanego w systemie szkolnym to czysty absurd.

Tego się nie da porównać ani ocenić.

Dlatego egzamin z plastyki, czy muzyki itd. to głównie prace dzieci sprawdzające umiejętności , albo niestety- wiedza z biografii artystów.

Jak zmierzyć co niemierzalne?
A po co w ogóle mierzyć?
A co by było, gdyby nie mierzyć? A co się stanie z systemem, który oparty jest na mierzeniu?

I komu na tym zależy?

wtorek, 24 listopada 2009

Mentoring- cóż to takiego ?

„Alternatywna edukacja a nie alternatywna szkoła”- mówiła na konferencji niepozorna starsza pani o cudownie dźwięcznym akcencie kanadyjskim z British Columbia.

Założenia jej programu edukacyjnego stanowią, że nauczyciele i uczniowie w szkole mówią językiem jak najbardziej pozytywnym. Zamiast stosować zwrot „nie mogę!” mówią: „dam sobie radę!”

Stawiają sobie cele- nie mówią czego nie chcę, ale skupiają się na oczekiwaniach! Kultywują świadomość siebie i innych.
Wreszcie pojawiło się moje słowo” MENTOR”!
Mentor to nie nauczyciel w sensie stricto.
Mentor to ktoś, kto zrobił to, co ty zamierzasz. Mentor to osoba, która była tam, gdzie ty chcesz dojść.
Mentora się wybiera! I mentora się prosi, czy nie zechciałby się podzielić swoją wiedzą.

Jedna z pierwszych nauk o inwestowaniu, to zasada- chcesz się czegoś nauczyć, to poszukaj kogoś, kto już to zrobił. To droga na skróty.
Też możesz przeczytać 700 książek, wydawać dziesiątki tysięcy PLN na szkolenia i przeznaczyć wiele, wiele lat na badanie tematu.
Jeśli jednak jesteś mądry i umiesz się przyznać do swojej niewiedzy, to skorzystaj z pomocy innych!

A czy w szkołach mamy mentorów?
Jaką szansę ma młody człowiek spotkać prawdziwego mentora?

czwartek, 5 listopada 2009

Dwa światy! Moje wrażenia z konferencji...

Kiedy tak siedzę w szkole czekając na zajęcia mojego dziecka i czytam książkę , to są zupełnie inne dwa światy.
Jeden świat możliwości , pokonywania własnych ograniczeń, słabości , drugi- małość, szarość, brak wizji.

Tak samo czuję rozbieżność pomiędzy tym, czego się nasłuchałam w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi na Konferencji Edukacji Alternatywnej a poglądami „zwykłych” nauczycieli.

To dwa światy – teoria i praktyka. Przyznaję, że nie wszystkie odczyty (bo nie wszystkie można nazwać niestety wystąpieniami publicznymi) przemawiały do mnie.
Jako matka jestem przede wszystkim praktykiem i mój mózg rozpaczliwie poszukiwał powiązania z tym, co słyszę i tym, co robię.

Wiele tych naukowych badań, moim zdaniem, służą jedynie samym sobie. Wiele teoretycznych koncepcji jest dla mnie zbyt wyimaginowanych , by mogły być praktycznie stosowane.

Ja realizuję z dziećmi takie czyste zdroworozsądkowe podejście. Podejście realne, intuicyjne, takie matczyne.
Niesamowite było dla mnie to, że to co robię, zostało opisane. Cudownie, że naukowcy znaleźli na to nazwę. Znalazłam duże podobieństwo w teorii autonomicznej podejścia do ucznia, Piageta, częściowo C.Freinet, rozwiązania praktyczne M. Montessori.
Czy moja metoda jest eklektyczna, czy też matczyną miłość do dziecka ktoś sobie rozczłonkował i ponazywał?

Porzucam te rozważania . Niech zajmą się nimi ci, dla których jest to istotne.
Dla mnie najważniejsze jest DZIECKO! Dziecko nie tylko moje własne, ale i dobro i szczęście dzieci w ogóle.

Jestem przekonana, że cały czas doskonaląc moje metody i działania, stworzę coś, co pomoże nie tylko moim dzieciom , ale i innym rodzinom żyć pełnią życia, w wolności i obfitości

Taki zwykły dzień

Naprawdę fajny dzień! Byłam wkurzona i nie wiedziałam, co mam na dzisiaj wymyśleć. Czas ucieka, a ja mam poczucie niespełnienia tego „obowiązku szkolnego”!
Krążymy wokół starożytności: Grecja, Rzym.Mitologie. Oglądamy serię filmów dokumentalnych.
Zamiast czytać książki historyczne, przeglądaliśmy je tylko w poszukiwaniu domostwa w starożytnej Grecji. W końcu stwierdziliśmy, że Bartek zrobi „namiot” sprzed 10.000 lat, a Aga zapaliła się do lepianki z Egiptu. Tak nas jakoś naszło na prace techniczne. Trochę to daleko do starożytnej Grecji, ale dobre i to.
Potem obejrzeliśmy film animowany z serii „Byli sobie podróżnicy” o Aleksandrze Macedońskim i w ramach pracy pisemnej z polskiego dzieci opisywały postać Aleksandra. To znaczy Agnieszka, bo Bartek wolał opisać swoją zabawkę: Mato Tope- indiański wojownik.
Opisy były naprawdę ładne. Potem pojechałam z Agą na zajęcia z plastyki, gdzie widziałam jej piękna rzeźbę konia wykonaną w glinie. Dzisiaj ma robić odlew (negatyw) rzeźby i później drugi odlew już z gipsu. Właśnie czekam na nią w kawiarni i przygotowywałam się do jutrzejszej pracy. Bo rodzice uczący dzieci w edukacji domowej musza sobie jakoś radzić z finansami. Jakoś inaczej niż cała reszta normalnego społeczeństwa

poniedziałek, 23 lutego 2009

Kocham, więc chwalę!

Właśnie sobie uświadomiłam, jakie różne nauczanie mają moje dzieci od tego, które ja otrzymałam w mojej szkole! Nie żebym była jakoś specjalnie nękana, ale od osłów i kretynów to mi często było wymyślane!
Nigdy nie krzyczę na dzieci, jaśli chodzi o proces nauki!
Bardzo często chwalę i widzę tego olbrzymie pozytywne efekty.
Przerobiłam z dziećmi temat feedback'u i bardzo im sie spodobał.
Feedback to inaczej informacja zwrotna.
Jeśli chcesz powiedzieć coś "złego" lub do poprawy, ubierasz to w coś "dobrego"w proporcji 1:2 w postaci kanapki w dużym uproszczeniu: dobre, złe, dobre.
Wtedy osoba oceniana zawsze pamięta to, co było na początku i na końcu, więc nie boli tak bardzo to w środku. Nie ma obawy, że nie zapamięta tego "do poprawy"! Ten jeden czy dwa minusy i tak są bardzo silne dla psychiki młodego człowieka.
Taka powinna być każda ocena nauczyciela , ale niestety wygląda to zupełnie inaczej.
Mieliśmy nawet pewne ciekawe zdarzenie w związku z feedback'iem. Otóż , postanowiłam ,że przed egzaminami zrobię dzieciom mały sprawdzian z matematyki, żeby zobaczyć, co ewentualnie jeszcze podciągnąć, po czym zaczęłam go sprawdzać, jak to robią nauczyciele: tu błąd, tam błąd...(nie było dużo!). Agnieszka mnie wtedy zbeształa, że sama nie stosuję feedback'u. Dzięki córce zrozumiałam błąd! Nauczyło mnie to, żeby bardziej uważać przy ocenach czyjejś pracy, bo przecież:
"TEN MA PRAWO OCENIAĆ,
KTO MA SERCE, BY POMÓC!"
Zdarza się, że dziecko czasem czegoś nie pamięta, pyta się po kilka razy, albo przypomni sobie za dwa tygodnie coś, co mi się wydawało oczywiste i wtedy... No cóż, niejeden by stracił cierpliwość.
Bartuś powiedział niedawno, że cieszy się , że naucza go mama, bo nie krzyczy, że się czegoś nie wie, tylko przypomina.
Zrobiło mi się tak cudownie ciepło na sercu.
Muszę przyznać, że sama nie wiem , skąd się u mnie wzięły te olbrzymie pokłady cierpliwości i ta wspaniała radośc, kiedy uczę się razem z dzieckiem! Odkrywam się na nowo!

środa, 4 lutego 2009

Jak się uczyć?

Janette Vos w swojej książce "Rewolucja w uczeniu " pisze:


Każdy ma oddzielny styl nauki i pracy i myślenia.
Mimo to w większości szkół nadal naucza się tak jakby wszyscy przyswajali wiedzę w taki sam sposób- akademicki, abstrakcyjny i teoretyczny.
Badania pokazują , że dla zaledwie 30% osób jest to najlepsza forma. A zatem, jeśliby porównać szkołę do przedsiębiorstwa , to zakłada ono 70% porażkę!!!"



Jak my się uczymy?



Poprzez to ,co widzimy
Poprzez to, co słyszymy
Co wyczuwamy smakiem, węchem, dotykiem
Co robimy
Co sobie wyobrażamy
Co wyczuwamy intuicyjnie

Co czujemy




Dzieci dosłownie chłoną świat. Nie potrzebują żadnego prowadzenia, żadnego przymuszania!

Jeśli tylko pozwolić im na swobodę, natychmiast odrzucą wszelkie ograniczenia i zajmą się swoimi pasjami.



Potrafią niesamowicie działać intuicjnie i ja je do tego zachęcam.